Wieczorem, już w hotelu, zauważyłem
w łazience małą kostkę mydła.
Pomyślałem o człowieku, który towarzyszył naszej grupie.
Pomyślałem o tym, co powiedział nam zaledwie kilka godzin wcześniej.
Wziąłem ją do ręki.
Pachniała różami.
Ten zapach wydał mi się niemal absurdalnie łagodny po dniu, który właśnie przeżyłem. Stałem i patrzyłem na ten mały, zwyczajny przedmiot, myśląc o starszym człowieku stojącym przed bramą Auschwitz.
Nigdy nie miałem zwyczaju zabierać mydełek z hoteli. Wielokrotnie nocowałem w hotelach i nigdy nie czułem najmniejszej potrzeby, by zabierać takie rzeczy do domu.
Ale tamtej nocy w Polsce to zrobiłem.
Następnego ranka schowałem je do walizki.
Później zdarzało mi się obracać tę historię
w ponury żart – może dlatego, że humor pozwalał mi przykryć to, co naprawdę czułem.
„Wiecie – mówiłem znajomym – byłem
w Polsce. Zwiedziłem Auschwitz.
I przywiozłem stamtąd kostkę mydła”.
Widziałem zdziwienie na ich twarzach
i dodawałem:
„Spokojnie. Jest z hotelu. Różane”.
Może się śmialiśmy.
Ale mydło zatrzymałem.
Mijały lata.
Nie zapomniałem tamtej wizyty, ale nie zawsze wiedziałem też, jak o niej mówić. Czasami łatwiej było zażartować niż wytłumaczyć, co ten przedmiot naprawdę dla mnie znaczy. Niektóre wspomnienia nie blakną. Po prostu zostają gdzieś w nas,
w miejscu, do którego trudno dotrzeć wprost.
Aż pewnego dnia, szukając matrioszki, którą chciałem pokazać uczniom, otworzyłem pudełko z pamiątkami z dawnych podróży. Stało w małej szafce w piwnicy, nietknięte od lat.
Zanim zobaczyłem mydło, poczułem jego zapach.
Róże.
Leżało pod kilkoma magnesami na lodówkę, ale dziwnym trafem to ono pierwsze dało
o sobie znać.
Wziąłem je w dłonie i wtedy coś stało się dla mnie jasne.
Spośród wszystkiego, co wiązało się z tamtym miejscem, zabrałem ze sobą właśnie to.
Nie obrazy.
Nie ciężar.
Nie pytania.
Tylko to.
Mały przedmiot, w którym nie było nic z tamtej grozy – a jednak jakimś sposobem była w nim cała.
Są rzeczy, których nie potrafimy unieść.
Nie dlatego, że nie chcemy.
Ale dlatego, że się w nas nie mieszczą.
Zabieramy więc coś innego.
Coś małego.
Coś, co jesteśmy w stanie udźwignąć.
Zapach.
Fragment.
Sposób, by powiedzieć: tyle potrafię w sobie pomieścić.
Być może właśnie tak udaje nam się przetrwać niektóre chwile – nie dzięki temu, że je rozumiemy, ale dlatego, że odsuwamy się od nich choćby o krok. Że znajdujemy coś na tyle małego, by móc to utrzymać i się nie rozpaść.
Mydło pachniało różami.
Przez lata myślałem, że to jedyna rzeczą, jaką stamtąd przywiozłem.
Teraz rozumiem:
było to po prostu jedyna rzecz, jaką mogłem unieść.
40