Admirał
Czyli wybielanie białego po rosyjsku
Ostatnimi czasy polskie kino historyczne znacznie podupadło.
Po słabym “1920 Bitwa Warszawska” otrzymaliśmy beznadziejną
koprodukcję włosko-polską, “Bitwę pod Wiedniem”.
Gandzia
P
rzyznam szczerze, że nie
znam przyczyn tego kryzysu: czy jest to brak
funduszy, czy też może powodem
jest ogólna słabość współczesnej
polskiej kinematografii? Na razie
zostawmy jednak tę kwestię i zobaczmy, jak na polu przenoszenia
historii na srebrny ekran radzą sobie na wschodzie.
Wydany w 2008 roku “Admirał”
w reżyserii Andrieja Krawczuka
przybliża widzom sylwetkę admirała
Kołczaka,
jednego
z przywódców walczących z bolszewikami białych. Materiał na
fabułę był przedni, lecz niestety
reżyser musiał zmieścić się
w dwugodzinnym filmie, stąd
w “Admirale” przedstawiono jedynie wydarzenia z lat 1916–1920.
Należy przy tym pamiętać, że fi lm
jest melodramatem, więc dużą rolę odgrywa tu wątek miłosny
między granym przez Konstantina
Chabienskiego Kołczakiem a Anną
Timiriową (Jelizawieta Bojarska).
Mamy więc wojnę, romans i tragedię – teoretycznie taki
41
miszmasz daje duże szanse na hit,
jednak Hoffman udowodnił, że
jest inaczej. Jak zatem poradzili
sobie Rosjanie?
Muszę stwierdzić, że nienajgorzej. Aktorzy odwalili kawał
rzemieślniczej wprawdzie, jednak
solidnej roboty. Bohaterów można
z łatwością polubić, rewolucjonistów
można
z
łatwością
znienawidzić i jedynie jedna postać momentami wydaje się nijaka.
Znośnie spisali się też specjaliści
od efektów specjalnych, których
pracę możemy oglądać w czasie
scen batalistycznych.
Właśnie, sceny batalistyczne,
czyli coś, co w filmie o wojnie domowej w Rosji znaleźć się musiało.
Krawczuk i jego ekipa mają u mnie
cydr, gdyż o ile pierwszej bitwie
można zarzucić przekręcanie historii i zbytnie uwypuklenie
bohaterstwa Kołczaka, zaś druga
jest skandalicznie krótka – nawet
biorąc pod uwagę fakt, że walki
w “Admirale” z konieczności są
krótkie – to już z każdą kolejną za-
dowolenie widza rośnie. Można
wręcz śmiało stwierdzić, że sceny
z udziałem generała Kappela i jego podwładnych są najlepszą
częścią filmu!
Jeśli zaś chodzi o wątek miłosny, to… cóż, przynajmniej nie
przeszkadza. Nie chodzi o to, że
jest zły, lecz o to, że przez znaczną
część filmu rozwija się tylko przez
recytowane z offu listy, co nie pozwala mu na rozwinięcie skrzydeł.
Tym niemniej jeśli ktoś lubi wątki
romansowe, to niezadowolony
z seansu nie wyjdzie.
Oczywiście “Admirał” nie jest
pozbawiony wad, ba, są to zarzuty
poważne. Tempo filmu jest nierówne; do tego należy dodać
skrócenie wielu scen, będące niejako efektem potrzeby stworzenia
czegoś, co trwa dwie, nie dwadzieścia dwie godziny, jednak
problem ten sięga głębiej. Ograniczenie długości filmu może być
przyczyną zbyt chaotycznego
przechodzenia z jednej sceny do
drugiej. Pominięte zostały również