MANEzette #1 1\2013 | Page 41

Admirał Czyli wybielanie białego po rosyjsku Ostatnimi czasy polskie kino historyczne znacznie podupadło. Po słabym “1920 Bitwa Warszawska” otrzymaliśmy beznadziejną koprodukcję włosko-polską, “Bitwę pod Wiedniem”. Gandzia P rzyznam szczerze, że nie znam przyczyn tego kryzysu: czy jest to brak funduszy, czy też może powodem jest ogólna słabość współczesnej polskiej kinematografii? Na razie zostawmy jednak tę kwestię i  zobaczmy, jak na polu przenoszenia historii na srebrny ekran radzą sobie na wschodzie. Wydany w  2008 roku “Admirał” w  reżyserii Andrieja Krawczuka przybliża widzom sylwetkę admirała Kołczaka, jednego z  przywódców walczących z  bolszewikami białych. Materiał na fabułę był przedni, lecz niestety reżyser musiał zmieścić się w  dwugodzinnym filmie, stąd w  “Admirale” przedstawiono jedynie wydarzenia z  lat 1916–1920. Należy przy tym pamiętać, że fi lm jest melodramatem, więc dużą rolę odgrywa tu wątek miłosny między granym przez Konstantina Chabienskiego Kołczakiem a  Anną Timiriową (Jelizawieta Bojarska). Mamy więc wojnę, romans i  tragedię – teoretycznie taki 41 miszmasz daje duże szanse na hit, jednak Hoffman udowodnił, że jest inaczej. Jak zatem poradzili sobie Rosjanie? Muszę stwierdzić, że nienajgorzej. Aktorzy odwalili kawał rzemieślniczej wprawdzie, jednak solidnej roboty. Bohaterów można z  łatwością polubić, rewolucjonistów można z  łatwością znienawidzić i  jedynie jedna postać momentami wydaje się nijaka. Znośnie spisali się też specjaliści od efektów specjalnych, których pracę możemy oglądać w  czasie scen batalistycznych. Właśnie, sceny batalistyczne, czyli coś, co w  filmie o  wojnie domowej w  Rosji znaleźć się musiało. Krawczuk i  jego ekipa mają u  mnie cydr, gdyż o  ile pierwszej bitwie można zarzucić przekręcanie historii i  zbytnie uwypuklenie bohaterstwa Kołczaka, zaś druga jest skandalicznie krótka – nawet biorąc pod uwagę fakt, że walki w  “Admirale” z  konieczności są krótkie – to już z  każdą kolejną za- dowolenie widza rośnie. Można wręcz śmiało stwierdzić, że sceny z  udziałem generała Kappela i  jego podwładnych są najlepszą częścią filmu! Jeśli zaś chodzi o  wątek miłosny, to… cóż, przynajmniej nie przeszkadza. Nie chodzi o  to, że jest zły, lecz o  to, że przez znaczną część filmu rozwija się tylko przez recytowane z  offu listy, co nie pozwala mu na rozwinięcie skrzydeł. Tym niemniej jeśli ktoś lubi wątki romansowe, to niezadowolony z  seansu nie wyjdzie. Oczywiście “Admirał” nie jest pozbawiony wad, ba, są to zarzuty poważne. Tempo filmu jest nierówne; do tego należy dodać skrócenie wielu scen, będące niejako efektem potrzeby stworzenia czegoś, co trwa dwie, nie dwadzieścia dwie godziny, jednak problem ten sięga głębiej. Ograniczenie długości filmu może być przyczyną zbyt chaotycznego przechodzenia z  jednej sceny do drugiej. Pominięte zostały również