Kill The Fez! March 2014 | Page 41

na nagich gałęziach – to wydawało się właściwe. Jak ptaki latały  pod wodą, nigdy nad, szeleszcząc i  szu­ miąc, chciał zrozumieć zna­ zenie c słów. To nie było naturalne. I czym były ptaki, to wiedza tuż pod po­ wierzchnią, tuż za pamięcią, ale minęły tysiące lat, których nikt nie mierzył, zostały tylko skrawki z ­ apisanych słów. – Słowa odeszły, słowa do zapisa­ nia, skąd ja wiem, skąd wiem, że one, te znaki powinny znaczyć wię­ cej, niż znaczą. Nie wiem  i  ­ i­ dy ng nie będę wiedział, ale mam las ze słów, których nie umiem wypowiedzieć i to chyba jest dobre – tak mówił, a oni słuchali, niczego nie rozumiejąc, nie potrzebowali rozumieć, potrzebowali jedynie jego głosu, głosu opowieściotwórczego. Więc odwiedzał ich, wciąż nowych i opowieściotworzył. Na pustyni czarnopiaskowej w ska­ żeniu najświeższym spotkanie z ka­ rawaną matek, zmierzali, gdzie nie znikało słońce, zatrzymał się, spo­ jrzawszy, ona patrzyła wprost na niego. – To ja cię rodziłam – powiedziała matka, uciekł jak najdalej, uciekł krzycząc, nie chcąc słyszeć jej s ­ pokojnego głosu, nie wierzył, nie­ prawda, to nie było tak, to nie ona go rodziła, znał tę, która go, znał, nie była nią, nie była matką, była jedną z nich. Znalazła go nad smo­ lnym strumieniem pośród  drzew, niebo przeświecało między ga­ łę­ iami, tuliła długo, ucałowała z matczy­ ie, rodzicielsko, uwierzył, n chciał wierzyć, tak. Podniósł oczy na nią, spojrzał w  błękitne latarnie, wsłuchał się w szum bezlistnych drzew i jej naskórnych ust. Była piękna jak oksymoron. Ta pustka, ta cisza  po­ nad głową, ciemnoczerwona, flu­ ktuująca odcieniami, jak tu pięknie, wdychając skażenie, czuł spokój, być może nawet radość. – Czy to prawda, że są miasta? – spytał matki, jak to możliwe, że ona go rodziła, one są innym gatunkiem niż my. – Moje imię Áléí, tak. Daleko, dni drogi, kierując się na wskroś od słońca, kierując się po lewej mając swój szepczący las, tam pójdziesz, do najbliższego z nich zobaczysz sam, jego imię Smutkiem. Tak poszedł, jak powiedziała,  lecz dając mu dziwne rury z metalo­ drzewa i koła – nazwała to róver, a  może inaczej – dała mu je, po­ 41