na nagich gałęziach – to wydawało
się właściwe. Jak ptaki latały pod
wodą, nigdy nad, szeleszcząc i szu
miąc, chciał zrozumieć zna zenie
c
słów. To nie było naturalne. I czym
były ptaki, to wiedza tuż pod po
wierzchnią, tuż za pamięcią, ale
minęły tysiące lat, których nikt
nie mierzył, zostały tylko skrawki
z
apisanych słów.
– Słowa odeszły, słowa do zapisa
nia, skąd ja wiem, skąd wiem, że
one, te znaki powinny znaczyć wię
cej, niż znaczą. Nie wiem i i dy
ng
nie będę wiedział, ale mam las
ze słów, których nie umiem
wypowiedzieć i to chyba jest dobre
– tak mówił, a oni słuchali, niczego
nie rozumiejąc, nie potrzebowali
rozumieć, potrzebowali jedynie jego
głosu, głosu opowieściotwórczego.
Więc odwiedzał ich, wciąż nowych
i opowieściotworzył.
Na pustyni czarnopiaskowej w ska
żeniu najświeższym spotkanie z ka
rawaną matek, zmierzali, gdzie nie
znikało słońce, zatrzymał się, spo
jrzawszy, ona patrzyła wprost na
niego.
– To ja cię rodziłam – powiedziała
matka, uciekł jak najdalej, uciekł
krzycząc, nie chcąc słyszeć jej
s
pokojnego głosu, nie wierzył, nie
prawda, to nie było tak, to nie ona
go rodziła, znał tę, która go, znał,
nie była nią, nie była matką, była
jedną z nich. Znalazła go nad smo
lnym strumieniem pośród drzew,
niebo przeświecało między ga
łę iami, tuliła długo, ucałowała
z
matczy ie, rodzicielsko, uwierzył,
n
chciał wierzyć, tak.
Podniósł oczy na nią, spojrzał
w błękitne latarnie, wsłuchał się
w szum bezlistnych drzew i jej
naskórnych ust. Była piękna jak
oksymoron. Ta pustka, ta cisza po
nad głową, ciemnoczerwona, flu
ktuująca odcieniami, jak tu pięknie,
wdychając skażenie, czuł spokój, być
może nawet radość.
– Czy to prawda, że są miasta? –
spytał matki, jak to możliwe, że ona
go rodziła, one są innym gatunkiem
niż my.
– Moje imię Áléí, tak. Daleko, dni
drogi, kierując się na wskroś od
słońca, kierując się po lewej mając
swój szepczący las, tam pójdziesz,
do najbliższego z nich zobaczysz
sam, jego imię Smutkiem.
Tak poszedł, jak powiedziała, lecz
dając mu dziwne rury z metalo
drzewa i koła – nazwała to róver,
a może inaczej – dała mu je, po
41