PROZA
Badając, odkrywał komnaty i ko
mnaty, podziemia i kilometry ksiąg.
Słowa przesączały się w niego,
czarne ulice pokrywały wielości
milczących zapisanych kart, spojrzał
w niebo, w gwiazdę, tę największą,
42
tę jak groszek, dziś było jej tylko
pół, obejrzał horyzont mniej chyba
purpurowy niż kiedyś, zastanawiał
się, co by mu powiedziała jego
matka. Widząc stosy ciał. Nie mógł
nic zrobić, nie potrafił im nawet
wysnuć opowieści – głos się łamał.
W najgłębszym z lochów nauczył
się czytać. W najgłębszym lochu
znalazł zamknięte powietrze sprzed
skażenia i znalazł klucz, chciał
oddychać tym życiodajnym płynem,
tak zrozumiał z urywków, które
pozostały, które zrozumieć potrafił,
zastanawiał się, czy naprawdę mo
gło być lepsze niż skażenie. Nie
było. Wypełniając mu płuca bólem,
uciekł, zanim zdążyło go zabić.
Wrócił do tamtego lasu, ale nie
zrozumiał słów.
* T. Pratchett, Niuch, przeł. P. W. Cho
lewa, Warszawa 2011, s. 181.
ilustracja: ginny358 i Betty Nobs
jechał, jakby już kiedyś jeździł, jak
by pamiętał jak rzecz nie do zapo
mnienia, tak podróżował dnie i dnie
i dnie jak nakazała, nie zatrzymywał
się w postoju, przyczepił resztę
noszonych strzępków kart, las go
żegnał, szeleszcząc smutno, chciał
przeczytać wszystkie jego słowa,
chciał zrozumieć, nieistotne co.
Trzeciego dnia znalazł miasto
i ono znalazło jego, setki i setki ich
i matek, mury z kamienia, mury
z czerni, mury, takich jeszcze nie
widział, spodziewał się gwaru, nie
było gwarne, nie, matki i oni to
miasto nie było dobre, to miasto
umarło, już z niego nie wyjechał.