ilustracja: Betty Nobs
mu na wpół zatarte słowo „znisz
czenie” i ono było wspaniałe, ono
mówiło o ich świecie, o wszystkim
tym, czym był, to było dobre słowo,
to było słowo, które pozwalało im tu
żyć, prawie już całkiem zapomniane,
nawet przez ten drugi gatunek, ten
mądrzejszy, ten o dłuższej pamięci.
Ci, którzy pamiętali, czcili je, tylko
nie przekazywali dalej, on też nie
przekazał, czuł jakieś zabronienie
z niego płynące, jakby mówiło żyjcie
tu, ale zapomnijcie o mnie. Nie
wiedział, skąd wiedział i nie miał
kogo spytać, nawet woda zdawała
się już tak wiele nie pamiętać, za
mało jej zostało, co za szczęście, że
prawie jej nie potrzebujemy.
Miał imię, oczywiście, że miał
imię, zwracali się na
wet do niego
przy
jego
p o m o c y,
ci, którzy je znali, całkiem poro
s
tych, którym je zdradził, tych
którym zostało zdradzone, lubił je,
zwłaszcza gdy nie było wymawiane.
Tymczasem jednak zwracali się doń,
prosili, by zaczął od niego – Jak się
nazywasz? – mówili, nie mówili –
Kim jesteś? – Wiedzieli przecież,
przyszedł tu, by opowiadać.
Nie był genialnym opowieścio wó
t
rczym, nie tworzył nowych słów,
powtarzał tylko stare, te kilka, które
jemu opowiedziano, w wio kach
s
słu hali i może nawet zapadały
c
w nich głębiej, dziś zdawało mu się,
że oni tutaj wiedzieli więcej, niż im
opowiadał, wiedzieli nawet, kim
był, na obrzeżu zobaczył matkę,
jedną z tych, które kiedyś spotkał,
z tych, które kiedyś do niego już
mówiły, nie pamiętał, którą była,
skinęła nań, być może uśmiechnęła
się nawet. Teraz.
– Moje imię Yraæg’óg Þhág. Mój za
wód opowieściotwórczy, choć nie
stwarzam, mówię tylko, zmie iam
n
obraz w tym, co widzicie, jeśli opo
wiecie mi nową, zapamiętam, będę
nieść dalej. – Tak mówił im pod
ciemnoczerwonym niebem, gdy
słońce schodziło pod horyzont,
gdy opowieści wysnuwały się weń
z pamięci gwiazd i słów, których
nie potrafił zrozumieć ani nawet
przeczytać.
39