Kill The Fez! March 2014 | Page 39

ilustracja: Betty Nobs mu na wpół zatarte słowo „znisz­ czenie” i ono było wspaniałe, ono mówiło o ich świecie, o wszystkim tym, czym był, to było dobre słowo, to było słowo, które pozwalało im tu żyć, prawie już całkiem zapomniane, nawet przez ten drugi gatunek, ten mądrzejszy, ten o dłuższej pamięci. Ci, którzy pamiętali, czcili je, tylko nie przekazywali dalej, on też nie przekazał, czuł jakieś zabronienie z niego płynące, jakby mówiło żyjcie tu, ale zapomnijcie o mnie. Nie wiedział, skąd wiedział i nie miał kogo spytać, nawet woda zdawała się już tak wiele nie pamiętać, za mało jej zostało, co za szczęście, że prawie jej nie potrzebujemy. Miał imię, oczywiście, że miał imię, zwracali się na­ wet do niego przy jego p o m o c y, ci,  którzy je znali, całkiem ­ poro s tych, którym je zdradził, tych którym zostało zdradzone, lubił je, zwłaszcza gdy nie było wymawiane. Tymczasem jednak zwracali się doń, prosili, by zaczął od niego – Jak się nazywasz? – mówili, nie mówili – Kim jesteś? – Wiedzieli przecież, przyszedł tu, by opowiadać. Nie był genialnym opowieścio­ wó­ t rczym, nie tworzył nowych słów, powtarzał tylko stare, te kilka, które jemu opowiedziano, w wio­ kach s słu­ hali i może nawet zapadały c w nich głębiej, dziś zdawało mu się, że oni tutaj wiedzieli więcej, niż im opowiadał, wiedzieli nawet, kim był, na obrzeżu zobaczył matkę, jedną z  tych, które kiedyś spotkał, z tych, które kiedyś do niego już mówiły, nie pamiętał, którą była, skinęła nań, być może uśmiechnęła się nawet. Teraz. – Moje imię Yraæg’óg Þhág. Mój za­ wód opowieściotwórczy, choć  nie stwarzam, mówię tylko, zmie­ iam n obraz w tym, co widzicie, jeśli opo­ wiecie mi nową, zapamiętam, będę nieść dalej. – Tak mówił im pod ciemnoczerwonym niebem, gdy słońce schodziło pod horyzont, gdy opowieści wysnuwały się weń z pamięci gwiazd i słów, których nie potrafił zrozumieć ani nawet przeczytać. 39