Opowieść o apokalipsie
ginny358
Niech pana nie zmyli słowo „kot”, komendancie,
koty nie mają z tym nic wspólnego*
ilustracja: ginny358 i Betty Nobs
Znalazł urywek papieru, zapi
sany odręcznie, jak dawno już
nie widywał, to było piękne,
b
rzydkie, wyblakłobłękitne, czarne,
czarnobrązowe pismo mówiące sło
wa, których nie rozumiał, nie wie
dział nawet, czy z jego języka, chyba
nie, w ich językach nie było słów,
które można zapisać, zresztą nie
mieliby na czym, gdyby potrafili
zrozumieć koncepcję pisma. Później
znajdywał więcej takich kartek,
niekartek, zapisków urwanych, za
czepiał je na drzewogałęziach cza
rnych w przebłagalnych modli
twach, choć przecież wcale się
nie modlił, o nie, ale tak trzeba
było, trzepotały na wietrze.
Nie próbował ich czytać,
przyglądał się tylko dziwnie
koślawym, drobnym obra kom
z
liter, wdychał w swe płuca
skażone powietrze, takiego po
trzebował. Wiedział, że jakoś
się to nazywało, kiedyś, te zna
czki, ale co one mogły znaczyć,
czasem się zastanawiał, ale
z
wykle nie.
Wyciągnął przed siebie swą dłoń
opancerzoną łuską, długie palce,
granatowa skóra, to ja, zaczerpnął
łyk czarnej wody z podeszczowej
kałuży, spojrzał w purpurowe niebo,
próbował odczytać niewyraźne gwia
zdy, wypił, jaki jest jego kismet, jaka
przyszłość, co to znaczy, to lu zkie
d
słowo i skąd wiedział, że lu zkie,
d
ludzie tu przecież nic nie... ludzi
już od tysiącleci tu nie było, igdzie
n
nie było, dobrze, zrobili dla nich
37