PROZA
Jest kłamstwem, nie stniejącym
i
kłamstwem. Fałszem, który nie
istnieje. Nie istnie e z owodu
j
p
własnej swojej istoty, istoty
fałszywej. Fałszywej istoty nie
istoty.
Nie istniejemy zawsze samotnie.
I ja w tym nieistnieniu samo nie
t
nie istnieję. INNI twierdzą, że
ja, że ja, że ja jestem odlu kiem.
d
Choć przecież nie mogą tak
twierdzić, ponieważ doskonale
zdają sobie sprawę z tego, że mnie
nie ma. A ja wiem, że ONI istnieć
nie mogą. Nie mogą istnieć tam,
gdzie ja nie istnieję, tam gdzie
pustka, otchłań, ciemność, isza.
c
Jeden świat i jeden nieświat.
Jeden świat i zero nieświat.
Uprawiam tę namiętną apo
katastazę mojego świata, który
zatwardził się w swoim nieist
nieniu i nigdy nie przechodzi
z początku do końca, a z końca
do końca. Z końca w koniec, wiel
kimi skokami, omijając wszystko,
co żywe, co istniejące. Omijając
początki, środki, marginesy.
Kocham się z pustką, otchłanią,
ciszą, ciemnością. Przekazuję jej
swój genotyp. Ja nieistniejący,
ona nieistniejąca. To nie miłość
platoniczna, o nie. A może właśnie
bardzo platoniczna? Najbardziej
platoniczna z miłości? A może
to sama miłość wcielona. Miłość
32
z przodu i z tyłu. Miłość taka
i waka. Miłość nieistniejąca. Z tej
o
miłości, z nasienia i ziemi rodzi
się Byt. Byt półistniejący? Czy jest
półistniejący? Czy to możliwe,
że jednak z mojego nieistnienia
powstać może coś, co istnieje,
nawet w połowie? A może więcej
niż w połowie, może więcej niż
w dwóch połowach. Może więcej,
najwięcej.
Czy to moja część? Czy część zro
dzona z niebytu, kłamstwa, anty
materii może być prawdziwa?
Może istnieć? Może tworzyć?
Ja. To też moja apokatastaza.
Moja cielesna apokatastaza. Ja
rodzę się z samego siebie raz
jeszcze. Z kogoś, kogo nigdy nie
było, nigdzie nie było. Wyrastam
z własnego nasienia. Wyrastam
z pustki, która jest mną samym.
Pustka, która nie zniknie, która
we mnie tkwi, ponieważ jest
najbardziej moja, jest moja, jest
we mnie. Ja nią jestem. A zatem
jestem i nie ma mnie.
Fundamentem moim jest nieby
cie. Manifestuję to w spojrzeniu
i wydobywam tę manifestację z
i
nnych spojrzeń. Przechodzę, za
pominam, znikam. Jestem efe
meryczny. A jednak jestem, choć
nie jestem.
I zjadam się w całości, pożeram.
I wtedy jestem w pełni. Odbija