Kill The Fez! March 2014 | Page 26

PROZA 26 ilustracja: Havelock Grzegorz czuł się w tej właśnie chwili najszczęśliwszą istotą na świecie. Gdyby nie pamiętał, że jeszcze przed chwilą wciągał oranżadę u Stefa, zapewne zdziwiłby się faktem, że właśnie ga­ lopuje przez trawiaste równiny, radośnie majtając swoją pięciometrową fioletową szyją w złote łaty. Wszystko wydawało się logiczne. Kumpel z pewnością podrzucił mu prawdziwe prochy i teraz ma z niego niezły ubaw. Szczerze mówiąc, nic go to w tej chwili nie obchodziło. Gdy zbliżał się do rzeki, wbiegł w wysokie trawy, spomiędzy których do lotu poderwały się spłoszone ślimaki. Trzepocząc drobnymi skrzydełkami i przeklinając siarczyście, odbijały się od jego długaśnej szyi. Po godzinie szalonego galopu zatrzymał się wreszcie i postanowił napić się wody z płynącej nieopodal rzeki. Gdy tylko jego jęzor dotknął tafli mętnej wody, nagle poczuł, że coś ściska go za gardło. Grze­ gorz szaleńczo wierzgnął kopytami, lecz uścisk nie zelżał. Potężna trąba wciągnęła bied­ nego żyrafoponka do rzeki. W  wodzie się zakotłowało. Były słonie rzeczne, potężne podwodne stwory. ­ ostrach P okolicy. – Koląboro, czy wyjdziesz za mnie? Mniszek, w geście miłości, pono­ wnie uderzył się łopatą w owłosioną mordkę. Żyrafoponek nie wiedział, co odpowiedzieć. Jeszcze sekundę temu galopował przez rozległe równiny, by ostrzec stado przed zbliżającymi się słoniami rzecznymi, aż tu nagle PUF! Siedzi przy stoliku, w eleganckiej restau­ racji, a przed nim mrówkojad w garni­ turze tłucze się łopatą po głowie, a do tego pyta go o rękę. Żyrafoponek ­ ardzo b się zafrasował. Nie posiadał bo­ iem w żadnych rąk, tylko kopytka. Równo osiem. Mrówkojad czekał, okładając się przy tym łopatą. Och! Przecież nie może mu dać się tak tłuc przez cały wieczór! O żyrafoponku można było powiedzieć dużo rzeczy, ale nie to, że był katem. – Tak – odpowiedział. – Wyjdę za ciebie. A po chwili namysłu dodał: – ... najdroższy. Mniszek wstał i ucałował go czule. P ­ obrali się miesiąc później.