PROZA
26
ilustracja: Havelock
Grzegorz czuł się w tej właśnie chwili
najszczęśliwszą istotą na świecie. Gdyby
nie pamiętał, że jeszcze przed chwilą
wciągał oranżadę u Stefa, zapewne
zdziwiłby się faktem, że właśnie ga
lopuje przez trawiaste równiny, radośnie
majtając swoją pięciometrową fioletową
szyją w złote łaty. Wszystko wydawało się
logiczne. Kumpel z pewnością podrzucił
mu prawdziwe prochy i teraz ma z niego
niezły ubaw. Szczerze mówiąc, nic go to
w tej chwili nie obchodziło. Gdy zbliżał
się do rzeki, wbiegł w wysokie trawy,
spomiędzy których do lotu poderwały się
spłoszone ślimaki. Trzepocząc drobnymi
skrzydełkami i przeklinając siarczyście,
odbijały się od jego długaśnej szyi.
Po godzinie szalonego galopu zatrzymał
się wreszcie i postanowił napić się wody
z płynącej nieopodal rzeki. Gdy tylko
jego jęzor dotknął tafli mętnej
wody, nagle poczuł, że coś
ściska go za gardło. Grze
gorz szaleńczo wierzgnął
kopytami, lecz uścisk nie
zelżał. Potężna trąba wciągnęła bied
nego żyrafoponka do rzeki. W wodzie
się zakotłowało. Były słonie rzeczne,
potężne podwodne stwory. ostrach
P
okolicy.
– Koląboro, czy wyjdziesz za mnie?
Mniszek, w geście miłości, pono
wnie uderzył się łopatą w owłosioną
mordkę. Żyrafoponek nie wiedział, co
odpowiedzieć. Jeszcze sekundę temu
galopował przez rozległe równiny, by
ostrzec stado przed zbliżającymi się
słoniami rzecznymi, aż tu nagle PUF!
Siedzi przy stoliku, w eleganckiej restau
racji, a przed nim mrówkojad w garni
turze tłucze się łopatą po głowie, a do
tego pyta go o rękę. Żyrafoponek ardzo
b
się zafrasował. Nie posiadał bo iem
w
żadnych rąk, tylko kopytka. Równo
osiem. Mrówkojad czekał, okładając się
przy tym łopatą. Och! Przecież nie może
mu dać się tak tłuc przez cały wieczór!
O żyrafoponku można było powiedzieć
dużo rzeczy, ale nie to, że był katem.
– Tak – odpowiedział. – Wyjdę za ciebie.
A po chwili namysłu dodał:
– ... najdroższy.
Mniszek wstał i ucałował go czule.
P
obrali się miesiąc później.