CMENTARZ
Ca?e lata - ciep?e lata mojego dzieci?stwa nad Popradem - byli obecni w mojej ?wiadomo?ci jako przewrócone kamienie z inskrypcj? zamazan? b?yskawic? pierzchaj?cej w pop?ochu ?mii. To jest cmentarz ?ydowski - mówi?a babcia i ostro?nie, brodz?c po kostki w trawie, szuka?y?my poziomek i malin, wygrzewaj?cych si? w s?o?cu na obrze?ach polany. Na t? polank?, ulubion? przez ?mije, jak mówi?a babcia, sz?o si? stromo pod gór?, wzd?u? marnego strumyczka, po kamykach, które wy?lizgiwa?y si? spod nóg i pryska?y na boki z ledwo s?yszalnym, kr?g?ym stukotem. Wiele lat pó?niej zrozumia?am, ?e skoro jest cmentarz, to musieli by? ludzie, ?ywi ludzie z krwi i ko?ci. Kupowa?o si? u nich w niedziel? po szabacie, smarowa?o si? im klamk? ?ajnem, ?mia?o si? z ich lisich kapeluszy i bia?ych po?czoch. Ale to by?o dawno, jeszcze przed wojn? - mówi?a babcia. Nie pyta?am, gdzie s? teraz ci nieznani nieobecni, gdzie znikn??y ich dzieci i wnuki. Nie liczy?am przewróconych kamieni. Byli – nie ma. To wszystko. Zrywa?y?my intensywnie czerwone jagody na obrze?ach s?onecznej polany, krwawi?c palce ich sokiem.
11