Często widzimy, jak filmowcy po zdobyciu sławy podejmują prób ekspresji w innych dziedzinach sztuki- malarstwie, rzeźbiarstwie, poezji czy muzyce. Rzadziej spotykamy się z sytuacją odwrotną, gdy to uznany artysta decyduje się na tworzenie filmów. Nie oznacza to, że film nie jest sztuką, ale wszyscy wiemy, jak współcześnie wygląda rynek kinowy. Najrzadszym przypadkiem jest jednak sytuacja, w której twórca wchodzi w świat filmu i konsekwentnie trzyma się swojego autorskiego stylu. Przede wszystkim nie ulega presji rynku, wyznającej zasadę, że film musi na siebie zarobić i przypaść do gustu wszystkim.
Aha, czyli to będzie wyjątkowo długi i nudny wykład o paskudnym, wybitnie niszowym kinie studyjnym? Wcale nie … a przynajmniej nie do końca.
Oto artysta i malarz, któremu marzyło się, by jego obrazy zaczęły się poruszać, a dodanie do nich dźwięku było szczytem marzeń. Czas wywołać przysłowiowego „ słonia w pokoju”. Panie i panowie … David Lynch.
Odwiedził Polskę wielokrotnie- był m. in. w Bydgoszczy, Toruniu, Łodzi oraz Warszawie, gdzie nakręcił swój ostatni film pełnometrażowy, „ Inland Empire”. Jakby tego było mało, do Polski sprowadzono 13 kontenerów pamiątek z „ Twin Peaks”— serialu, który pokochali widzowie na całym świecie. Wkrótce w Toruniu ma powstać muzeum poświęcone tej kultowej produkcji. Co jednak czyniło Lyncha tak wyjątkowym? Nawet jego sposób mówienia był nietuzinkowy- wypowiadał się w prosty sposób, używając zwyczajnych słów i przejrzystych porównań.
„ I’ m very, very happy to be here in Bydgoszcz”— David Lynch podczas wizyty w Bydgoszczy w 2012 roku.
Jednakże to, co najbardziej wyróżniało Lyncha na tle innych filmowców, to niepowtarzalny styl. Stanley Kubrick, o którym pisałam poprzednio, przyznawał, że zazdrości mu filmu „ Głowa do wycierania”( 1977), uznając go za dzieło „ najbliższe językowi koszmarów”.
Fot. M. Zubrzycki / Forum