ściami , by po podaniu ich wam , zostawić to na pastwę losu . Powiedziawszy to , w moich oczach rzekomo pojawił się taki płomień , że zlęknąć mogło się nawet , zawsze kamienne , oblicze Juliana . Spotkanie można było uznać za zakończone , a dalsze losy sprawy za przypieczętowane , nawet jeśli brutalną siłą i metodą prób i błędów , to w końcu przekopiemy się do rozwiązania . Po mających na celu dodanie otuchy i powodzenia uściskach rąk , każdy rozszedł się w swoją stronę . Nałożyłem mój długi , czarny płaszcz i pokierowałem się do wyjścia z posiadłości Aichnichtów , jednak ledwom otworzył drzwi , a zdzielony zostałem , niczym pięścią , podmuchem wiatru , tak silnym , że omal nie straciłem równowagi , a drzwi zatrzasnęły się w hałasem niesamowicie silnym , aż zaniepokojony Rudolf udał się pod nie , w celu sprawdzenia co się dzieje . Przedstawienie sytuacji przez mnie , nie wystarczyło mu , otworzył wrota samodzielnie , aby się upewnić , jednak siła wichury nie uległa zmianie . Wiedząc , że moja ukochana prawdopodobnie odchodzi od zmysłów , jako i nie dostała żadnej informacji co się ze mną dzieje , musiałem się dostać do swojego domu . Poprosiłem , aby trzymał drzwi jak najmocniej , żebym był w stanie się wydostać , w czym mój lekki brzuszek już planował przeszkodzić . Niemniej jednak udało się , znalazłem się na zewnątrz . Los zdecydował się być po mojej stronie , wiatr wiał akurat w tę stronę , że pchał mnie ku celu mojej wędrówki . Poganiany siłami natury , dotarłem pod moje drzwi w zadziwiająco szybkim tempie . Usłyszałem dzisiaj wiele ogłuszająco głośnych dźwięków , jednak żaden równać się nie może z hukiem jaki został wydany kiedy , zaraz za moimi plecami , drewno wrót , uderzyło w futrynę , ciężko byłoby mi być zaskoczonym , gdyby od takiej siły cały budynek się zawalił , jednak szczęśliwie jedyną ofiarą wichury okazał się być brutalnie przerwany sen Melissy . Nasłuchawszy się wyrzutów , o mojej długiej nieobecności , zaczęło zmagać mnie zmęczenie , adrenalina z tamtej nocy nareszcie zaczęła ze mnie schodzić , jednak potrzeba było dopiero początków świtu , bym zdołał się wprowadzić w krótki sen , przepełniony przemyśleniami na temat zawartości gąszczów leśnych , tak już przeczesywanych . Zaakceptowałem jednak fakt , że chwilowo puszcza Dòrainn wygrała z nami bitwę . Musimy się wycofać i smakując gorycz porażki , przygotować się lepiej do kolejnej potyczki z nieprzeniknioną ciemnością i dziwnymi tańcami świateł . To doprawdy dla mnie niebywałe , jak to możliwe , że światła te , nie rozświetlają drogi , pomimo wydawania się tak jasnymi drogowskazami . Trzeba będzie zaopatrzyć się w lepsze źródła światła , jako latarnie trzymane przez odważnych młodzieńców nie tylko dają stosunkowo mało widoczności , jak i są nieporęczne , oraz płomień w nich jest mało stabilny , co wiatr z łatwością zweryfikował . Z marzeń sennych następnego dnia wyrwany zostałem szybko przez niespodziewane odwiedziny wielebnego Teodora Aichnichta , nie spodziewając się odwiedzin od osoby , sprawującej pieczę nad całym tym terenem , nie udało mi się przyjąć go szczególnie elegancko , jednak co dziwne , tym razem dla zwykle niesamowicie pedantycznego człowieka , zdawało się to nie stanowić problemu . Przestało mnie to dziwić , zaraz po otrzymaniu uzasadnienia takiego stanu rzeczy , jako i był on w widocznym pośpiechu . Następnego poranka , wraz z rodziną Sherów wyjechać mieli do sanatorium , znajdującego się w północnej Szwecji , jako to dokuczać miały im w ostatnich czasach stałe bóle głowy i kości , a ja , jako ich pracownik z nadłuższym stażem , miałem przejąć nadzorczą pieczę wobec posiadłości i ich okolic , oraz zapowiedziane zostało nawiązanie między nami stałego kontaktu listownego . Następnego dnia o świcie tak jak powiedzieli , odjechali .
ciąg dalszy nastąpi ...