Memoria [PL] Nr 105 | Page 14

banalnością zła: złem uczynionym zwyczajnym przez bezmyślność

i karierowiczostwo, a nie przez karykaturalną nikczemność¹. Ordinary Men Christophera Browninga pokazuje policyjny oddział złożony z rezerwistów w średnim wieku, którzy krok po kroku stali się masowymi mordercami. Bardzo niewielu odmówiło².

Eksperymenty Stanleya Milgrama nad posłuszeństwem pokazują, jak daleko ludzie są w stanie się posunąć, gdy autorytet spokojnie nalega, aby „kontynuowali”. Większość kontynuowała. Czuli niepokój,

a mimo to byli posłuszni³. To właśnie mnie prześladuje. Poczucie, że coś jest złe, nie prowadzi automatycznie do zrobienia tego, co słuszne. A w sytuacjach kryzysowych, jak wykazali John Darley i Bibb Latané, im więcej świadków jest obecnych, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że pojedyncza osoba zareaguje; rozproszenie odpowiedzialności osłabia sprawczość.⁴ To pułapka, w którą mogę wpaść, nawet tego nie zauważając.

Nie, z natury nie jestem inny. Moja odmienność musi zostać wybrana, a nawet świadomie wyćwiczona, w konkretnej chwili: przez zauważenie, nazwanie i działanie. To ziarno odwagi. W tym sensie doceniam te sesje podczas programu stypendialnego, kiedy zatrzymywaliśmy się, by reflektować, zauważać, nazywać i działać, budując moją sprawczość moralną.

Co dzieje się z moim kompasem moralnym, jeśli wciąż widzę zło, a mimo to milczę?

Milczenie nie jest neutralne; ono mnie przepisuje. Jeśli milczę wystarczająco długo, mój kompas nie tylko „zastyga”. On dostraja się do pomieszczenia.

Ann Tenbrunsel i David Messick nazywają to etycznym zanikaniem, ethical fading, sytuacją, w której etyczne wymiary wyboru znikają z pola widzenia, gdy przeformułowuję go jako „biznes”, „politykę” lub „efektywność”⁵. Zachowuję dobry obraz samego siebie, podczas gdy moje działania dryfują. Na tym polega niebezpieczeństwo: mogę się mylić, a mimo to czuć, że mam rację.

Albert Bandura opisuje moralne wyłączenie, moral disengagement: sposoby, w jakie uspokajamy samych siebie poprzez oczyszczanie języka, na przykład „straty uboczne”, rozpraszanie odpowiedzialności, „wszyscy to zatwierdzili”, minimalizowanie

krzywdy albo obwinianie lub odczłowieczanie celu⁶. Im częściej powtarzam te mechanizmy, tym rzadziej moje sumienie wchodzi do równania.

Istnieje także równia pochyła. Drobne kompromisy uczą mój mózg, że nowa granica jest w porządku; następnym razem granica przesuwa się znowu. Badania pokazują, że nieuczciwość może narastać stopniowo, gdy nasz emocjonalny alarm słabnie wraz z powtarzaniem, niczym ściemniacz przy naszych sumieniach⁷.

Mówiąc wprost: powtarzające się milczenie staje się warsztatem, w którym moje lepsze ja zostaje powoli przeprojektowane w ja wygodne. I właśnie dlatego małe działania mają znaczenie. Kiedy zabieram głos, pomagam albo wyrażam sprzeciw, utrzymuję swój kompas w kalibracji. Mała polska dziewczynka ukrywająca jabłka nie „naprawiała systemu”, ale wnosiła swój własny wkład, przypominając wszystkim wokół, że ludzkie dobro nie umarło.

Skąd wiem, kiedy racjonalizuję, zamiast rozumować?

To pytanie trzymam przyklejone do wewnętrznej strony mojego umysłu.

Psychologia daje mi kilka wzorców ostrzegawczych. Prace Zivy Kundy nad motywowanym rozumowaniem pokazują, jak wykorzystujemy „inteligentne” myślenie, aby dojść do wniosków, które już wcześniej nam odpowiadały⁸. Nie przekręcamy faktów nożami. Wybieramy je w aksamitnych rękawiczkach. Jeśli moje pragnienie steruje moimi danymi, to nie rozumuję, lecz celuję.

Koncepcja dysonansu poznawczego Leona Festingera dodaje, że kiedy moje działania

i wartości wchodzą w konflikt, odczuwam wewnętrzne tarcie i chcę zmniejszyć ten dyskomfort. Jednym z łatwych rozwiązań jest dostosowanie swojej opowieści zamiast swojego zachowania⁹. To nic innego jak racjonalizacja przewiązana schludną, małą kokardką.

Rozwijając to, o czym rozmawialiśmy podczas wyjazdu stypendialnego, nauczyłem się poddawać samego siebie praktycznym

14