Memoria [PL] Nr 103 | 页面 27

27

Dziesięć lat temu udział w programie stypendialnym FASPE zmienił moje postrzeganie roli pastora przewodzącego podzielonym wspólnotom. Był to dla mnie trudny czas – zmagałem się

z wątpliwościami dotyczącymi własnego powołania. Jako stypendysta programu dla duchownych kończyłem właśnie seminarium, podczas gdy Zjednoczony Kościół Metodystyczny, do którego należę, zaczął się rozpadać. Ten proces rozłamu ciągnął się przez kolejne lata.

Piszę te słowa z gabinetu pastora

w Zjednoczonym Kościele Metodystycznym Parkway w Sugar Land w Teksasie. Przez większość dekady, która upłynęła od napisania mojej pierwszej refleksji po programie FASPE, służyłem lokalnym zborom na przedmieściach i na terenach wiejskich wokół Houston. Innymi słowy: mimo wielu powodów, by unikać zamętu w Kościele, który mnie ukształtował, pozostałem wierny powołaniu i wybrałem posługę właśnie w tej wspólnocie.

Praca ta nie należała do łatwych, ale okazała się owocna. Przyznaję, że dzięki pracy duszpasterskiej mam na głowie znacznie więcej siwych włosów niż miałem w chwili pisania słów, które zaraz Państwo przeczytają. Jestem też przekonany, że jako autor wypadałem lepiej wtedy, gdy moje życie kręciło się wokół prac seminaryjnych. Jednak wracając do mojej pierwotnej refleksji, widzę, że wartości wyniesione

z programu FASPE sprawdziły się w praktyce – w tym wszystkim, czego posługa duszpasterska wymaga od rozjemców

w czasach pełnych podziałów i przemocy.

W moim wcześniejszym tekście analizowałem dwa sposoby, w jakie niemieckie Kościoły reagowały na nazistowskie zbrodnie, próbując je usprawiedliwiać lub im zaprzeczać. Pierwszym było wspieranie narastającej wrogości wobec Żydów – czy to poprzez czynny udział, czy milczącą obojętność. Drugim zaś – ucieczka od cierpienia

i niesprawiedliwości w stronę teologii oderwanej od rzeczywistości . Obie te postawy wciąż mają się świetnie i są dziś obecne w całym spektrum amerykańskich wspólnot religijnych.

Czy to w odniesieniu do imigrantów, osób homoseksualnych i transpłciowych, czy ludzi o innych poglądach religijnych lub politycznych, wiele Kościołów kultywuje specyficzną tradycję – na wezwanie do miłości Boga i bliźniego odpowiada się pytaniem: „A kto jest moim bliźnim?” (Łk 10,25-27). Niezaprzeczalnym i mrocznym dziedzictwem niemieckich Kościołów oraz duchowieństwa jest ich udział w procesie wykluczania Żydów ze wspólnoty jako „obcych” w nazistowskich Niemczech

– w przekonywaniu siebie i innych, że Żydzi nie zasługują na takie samo poszanowanie ludzkiej godności, na tę samą dobroć i łaskę. Wmawiano wiernym, że ci mężczyźni, kobiety i dzieci są raczej zagrożeniem niż bliźnimi. Kościoły w Ameryce nie mogą i nie powinny powielać tego schematu, przedkładając interes własnych instytucji i komfort polityczny większości nad cierpienie jednostek. Choć słowa Jezusa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40) często przywołuje się, by zachęcać do

Dziesięć lat temu udział w programie stypendialnym FASPE zmienił moje postrzeganie roli pastora przewodzącego podzielonym wspólnotom. Był to dla mnie trudny czas – zmagałem się

z wątpliwościami dotyczącymi własnego powołania. Jako stypendysta programu dla duchownych kończyłem właśnie seminarium, podczas gdy Zjednoczony Kościół Metodystyczny, do którego należę, zaczął się rozpadać. Ten proces rozłamu ciągnął się przez kolejne lata.

Piszę te słowa z gabinetu pastora

w Zjednoczonym Kościele Metodystycznym Parkway w Sugar Land w Teksasie. Przez większość dekady, która upłynęła od napisania mojej pierwszej refleksji po programie FASPE, służyłem lokalnym zborom na przedmieściach i na terenach wiejskich wokół Houston. Innymi słowy: mimo wielu powodów, by unikać zamętu w Kościele, który mnie ukształtował, pozostałem wierny powołaniu i wybrałem posługę właśnie w tej wspólnocie.

Praca ta nie należała do łatwych, ale okazała się owocna. Przyznaję, że dzięki pracy duszpasterskiej mam na głowie znacznie więcej siwych włosów niż miałem w chwili pisania słów, które zaraz Państwo przeczytają. Jestem też przekonany, że jako autor wypadałem lepiej wtedy, gdy moje życie kręciło się wokół prac seminaryjnych. Jednak wracając do mojej pierwotnej refleksji, widzę, że wartości wyniesione

z programu FASPE sprawdziły się w praktyce – w tym wszystkim, czego posługa duszpasterska wymaga od rozjemców

w czasach pełnych podziałów i przemocy.

W moim wcześniejszym tekście analizowałem dwa sposoby, w jakie niemieckie Kościoły reagowały na nazistowskie zbrodnie, próbując je usprawiedliwiać lub im zaprzeczać. Pierwszym było wspieranie narastającej wrogości wobec Żydów – czy to poprzez czynny udział, czy milczącą obojętność. Drugim zaś – ucieczka od cierpienia

i niesprawiedliwości w stronę teologii oderwanej od rzeczywistości . Obie te postawy wciąż mają się świetnie i są dziś obecne w całym spektrum amerykańskich wspólnot religijnych.

Czy to w odniesieniu do imigrantów, osób homoseksualnych i transpłciowych, czy ludzi o innych poglądach religijnych lub politycznych, wiele Kościołów kultywuje specyficzną tradycję – na wezwanie do miłości Boga i bliźniego odpowiada się pytaniem: „A kto jest moim bliźnim?” (Łk 10,25-27). Niezaprzeczalnym i mrocznym dziedzictwem niemieckich Kościołów oraz duchowieństwa jest ich udział w procesie wykluczania Żydów ze wspólnoty jako „obcych” w nazistowskich Niemczech

– w przekonywaniu siebie i innych, że Żydzi nie zasługują na takie samo poszanowanie ludzkiej godności, na tę samą dobroć i łaskę. Wmawiano wiernym, że ci mężczyźni, kobiety i dzieci są raczej zagrożeniem niż bliźnimi. Kościoły w Ameryce nie mogą i nie powinny powielać tego schematu, przedkładając interes własnych instytucji i komfort polityczny większości nad cierpienie jednostek. Choć słowa Jezusa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40) często przywołuje się, by zachęcać do