Memoria [PL] Nr 101 | Page 15

„Mechanizm podwojenia pozwalał lekarzom nazistowskim uniknąć poczucia winy nie poprzez eliminację sumienia, lecz poprzez proces, który można nazwać jego przeniesieniem” – pisze autor.

Rudolf Höss, komendant Auschwitz, wskazywał na następujące drogi: „można było albo stać się okrutnym i bezdusznym, zatracając szacunek dla ludzkiego życia [czyli w pełni wykształcić «ja obozowe»], albo okazać słabość i doprowadzić się do załamania nerwowego [czyli zachować swoją pierwotną osobowość, która była niedostosowana do realiów w Auschwitz]”.

Syndrom myślenia grupowego

W Auschwitz podwojenie przestało być jedynie indywidualnym mechanizmem obronnym, stając się powszechnym procesem psychologicznym i normą grupową. Irving Janis, psycholog i badacz, definiuje to zjawisko jako „syndrom myślenia grupowego”.

Kiedy młody lekarz w Auschwitz po raz pierwszy trafił na rampę podczas selekcji, doznał wstrząsu. Podobno oświadczył, że „nie chce pracować w rzeźni […] i że jako lekarz ma pomagać ludziom, a nie ich zabijać”. Inny lekarz z kolei wyznał Liftonowi, że taki argument nigdy więcej w Auschwitz nie padł, ponieważ „byłby całkowicie bezcelowy.” Gdyby którykolwiek z medyków zakwestionował moralny wymiar swoich czynów, oznaczałoby to pośrednio potępienie postępowania jego własnych kolegów. Młody lekarz został ostatecznie uspokojony przez komendanta obozu, oddany pod opiekę doświadczonego kolegi i odtąd uczestniczył

w selekcjach bez dalszych oporów.

„Lekarz […] jeśli nie funkcjonuje w sferze moralnej […] w której granice są bardzo wyraźne […] staje się niezwykle niebezpieczny.”

– Ocalały z Auschwitz

W świetle tych i innych mrocznych kart historii medycyny na lekarzach spoczywa obowiązek nieustannej autorefleksji nad własną praktyką. Chociaż dzisiejsze kształcenie medyczne w niczym nie przypomina realiów z Auschwitz, niektóre mechanizmy psychologiczne opisane przez Liftona wydają się współczesnym studentom medycyny niepokojąco znajome.

W swoim eseju poświęconym profesjonalizmowi ówcześni studenci medycyny Andrew Brainard i Heather Brislen, kreślą niepokojącą wizję. Twierdzą oni, że większość studentów „zdaje się przyjmować niepisany zbiór reguł, w którym etykieta szpitalna, podporządkowanie hierarchii akademickiej oraz uległość wobec autorytetu stoją wyżej niż zasada kierowania się przede wszystkim dobrem pacjenta”.

„Studenci stają się «profesjonalnymi»

i «etycznymi» kameleonami, ponieważ jest to jedyny sposób przetrwania na «polu minowym» nieprofesjonalnej kultury uczelni medycznej lub szpitala” – piszą autorzy. Studenci są uczeni subordynacji i szybko odkrywają, że ich profesjonalizm jest wyżej oceniany, gdy porzucają własne standardy etyczne i „naśladują nieprofesjonalne zachowanie kadry”.

Wielu z nich jest świadkami nadużyć, za które lekarze nie ponoszą odpowiedzialności, chronieni przez hierarchiczną strukturę władzy. Ponieważ zgłaszanie lub kwestionowanie takich działań jest postrzegane jako zakłócanie pracy i przejaw braku profesjonalizmu, studenci bardzo szybko uczą się konformizmu. W rezultacie w sytuacjach budzących sprzeciw moralny czują się „pozbawieni głosu”, a jako bierni świadkowie poczynań przełożonych stają się ich współwinowajcami. Budzi to w nich poczucie bezsilności i „uwięzienia

w hierarchii”. W ten sposób dystansują się od własnej bierności lub niemoralnych czynów, przenosząc odpowiedzialność na system lub przełożonych i tłumacząc sobie, że nie mieli innego wyjścia.

Aby sprostać wymaganiom, studenci mogą odczuwać potrzebę podwojenia jaźni i wykształcenia „ja medycznego”, które pozwoli im działać zgodnie z oczekiwaniami otoczenia. Jednak, jak ostrzegają Lifton i Rank, istnieje ryzyko, że ta nowa tożsamość zawodowa

z czasem całkowicie wyprze ich pierwotną osobowość.

Cykl hierarchicznej i społecznej presji, kompromisów moralnych oraz wynikających

z nich przyzwyczajeń niesie ze sobą liczne konsekwencje. Najpoważniejszą z nich jest erozja integralności zawodowej i akademickiej. Potwierdzają to badania: studenci pierwszego roku znacznie surowiej oceniali przypadki nieuczciwości akademickiej niż ich starsi koledzy.

Co więcej, większy odsetek studentów na wyższych latach deklarował, że osobiście dopuścił się lub dopuściłby się takich nadużyć. Erozja integralności zawodowej była również widoczna w badaniu, w którym zapytano studentów medycyny na różnych etapach edukacji o ich doświadczenia i postawy wobec oszukiwania. Na pierwszym roku od 97 do 100% studentów twierdziło, że nie zamierza oszukiwać podczas studiów, jednak na czwartym roku już co czwarty przyznawał się do oszustw bezpośrednio związanych z opieką nad pacjentem. Takie działania – jak zatajanie braku zlecenia badań, przypisywanie sobie wyników uzyskanych przez innych czy dokumentowanie niewykonanych czynności – motywowane były strachem lub „presją, aby sprawiać wrażenie wszechwiedzących”. Jedna z respondentek wspomniała radę rezydenta, który wprost zasugerował, że „lepiej wypadnie, jeśli trochę skłamie”.

Jeśli przyszli lekarze zmuszeni są wykształcić „medyczne ja”, aby przetrwać studia, to istnieje ryzyko, że zanim jeszcze zostaną rezydentami, ich zawodowa tożsamość całkowicie wyprze tę pierwotną. Wówczas to oni będą uczyć – lub wręcz przymuszać do podobnego konformizmu – kolejnych studentów. Popularna w medycynie zasada „zobacz, wykonaj, naucz” jedynie potęguje to zjawisko poprzez mechanizm syndromu myślenia grupowego. Brainard i Brislen zauważyli, że „profesjonalizm studentów podważano natychmiast, gdy tylko różnili się oni w opiniach od reszty zespołu”. Jeden ze stażystów usłyszał wręcz od swojego kierownika, iż „najważniejszą cnotą zawodową jest umiejętność dogadywania się

z przełożonymi”.

Poczucie bezsilności, strategia podwojenia oraz syndrom myślenia grupowego okazują się istotnymi elementami podprogowego przekazu edukacyjnego, nastawionego na utrzymanie hierarchii władzy. Lekarze powinni poddać krytycznej analizie strukturalne uwarunkowania kształcenia medycznego, które mogą prowadzić do tego, że przyszli medycy będą cenić posłuszeństwo ponad wszystko, postrzegając siebie jedynie jako małe trybiki

w cudzej maszynie.

„Moglibyśmy po prostu poczuć żal i na tym poprzestać, widząc pacjentów źle traktowanych wskutek nadmiernego posłuszeństwa personelu medycznego, gdyby nie inne wnioski z badań Milgrama. Nie wszyscy badani byli posłuszni […] Nieposłuszeństwa uzasadnionego etycznie można nauczyć”.

– Eric J. Cassell

Problemy złego traktowania studentów medycyny i nadużywania władzy przez lekarzy są znane od dziesięcioleci. Mimo to wprowadzone strategie i programy edukacyjne nie zdołały wyeliminować tego strukturalnego problemu. Badacze sugerują, że to właśnie podprogowy przekaz edukacyjny może skutecznie hamować te zmiany.

Działania zaradcze, takie jak kursy dotyczące radzenia sobie z molestowaniem seksualnym, przemocą psychiczną czy niesprawiedliwą oceną nie dotykają sedna – presji społecznej

i sił instytucjonalnych, które sprzyjają nadużywaniu władzy. Ucząc studentów, jak funkcjonować w tym wadliwym systemie, edukatorzy utrwalają status quo i zachęcają ich do adaptacji i wytworzenia owej podwójnej tożsamości – wykształcenia odpornego „ja medycznego”. Na niektórych zajęciach studenci słyszą wręcz, że będą mogli postępować właściwie dopiero wtedy, gdy sami zostaną lekarzami. Tworzy to nierealne oczekiwanie, że to jednostki mają inicjować zmiany w problemach o charakterze instytucjonalnym, i wywołuje poczucie winy, gdy nie są one w stanie temu sprostać. Brainard i Brislen konstatują, że „obecna struktura edukacji oraz sposób oceny profesjonalizmu uderzają w moralność, pewność siebie i etykę studentów w większym stopniu, niż się powszechnie przyznaje”, pozostawiając ich „z poczuciem krzywdy, niesprawiedliwie ocenionymi oraz szczerze

i tragicznie zdezorientowanymi”.

15

„Mechanizm podwojenia pozwalał lekarzom nazistowskim uniknąć poczucia winy nie poprzez eliminację sumienia, lecz poprzez proces, który można nazwać jego przeniesieniem” – pisze autor.

Rudolf Höss, komendant Auschwitz, wskazywał na następujące drogi: „można było albo stać się okrutnym i bezdusznym, zatracając szacunek dla ludzkiego życia [czyli w pełni wykształcić «ja obozowe»], albo okazać słabość i doprowadzić się do załamania nerwowego [czyli zachować swoją pierwotną osobowość, która była niedostosowana do realiów w Auschwitz]”.

Syndrom myślenia grupowego

W Auschwitz podwojenie przestało być jedynie indywidualnym mechanizmem obronnym, stając się powszechnym procesem psychologicznym i normą grupową. Irving Janis, psycholog i badacz, definiuje to zjawisko jako „syndrom myślenia grupowego”.

Kiedy młody lekarz w Auschwitz po raz pierwszy trafił na rampę podczas selekcji, doznał wstrząsu. Podobno oświadczył, że „nie chce pracować w rzeźni […] i że jako lekarz ma pomagać ludziom, a nie ich zabijać”. Inny lekarz z kolei wyznał Liftonowi, że taki argument nigdy więcej w Auschwitz nie padł, ponieważ „byłby całkowicie bezcelowy.” Gdyby którykolwiek z medyków zakwestionował moralny wymiar swoich czynów, oznaczałoby to pośrednio potępienie postępowania jego własnych kolegów. Młody lekarz został ostatecznie uspokojony przez komendanta obozu, oddany pod opiekę doświadczonego kolegi i odtąd uczestniczył

w selekcjach bez dalszych oporów.

„Lekarz […] jeśli nie funkcjonuje w sferze moralnej […] w której granice są bardzo wyraźne […] staje się niezwykle niebezpieczny.”

– Ocalały z Auschwitz

W świetle tych i innych mrocznych kart historii medycyny na lekarzach spoczywa obowiązek nieustannej autorefleksji nad własną praktyką. Chociaż dzisiejsze kształcenie medyczne w niczym nie przypomina realiów z Auschwitz, niektóre mechanizmy psychologiczne opisane przez Liftona wydają się współczesnym studentom medycyny niepokojąco znajome.

W swoim eseju poświęconym profesjonalizmowi ówcześni studenci medycyny Andrew Brainard i Heather Brislen, kreślą niepokojącą wizję. Twierdzą oni, że większość studentów „zdaje się przyjmować niepisany zbiór reguł, w którym etykieta szpitalna, podporządkowanie hierarchii akademickiej oraz uległość wobec autorytetu stoją wyżej niż zasada kierowania się przede wszystkim dobrem pacjenta”.

„Studenci stają się «profesjonalnymi»

i «etycznymi» kameleonami, ponieważ jest to jedyny sposób przetrwania na «polu minowym» nieprofesjonalnej kultury uczelni medycznej lub szpitala” – piszą autorzy. Studenci są uczeni subordynacji i szybko odkrywają, że ich profesjonalizm jest wyżej oceniany, gdy porzucają własne standardy etyczne i „naśladują nieprofesjonalne zachowanie kadry”.

Wielu z nich jest świadkami nadużyć, za które lekarze nie ponoszą odpowiedzialności, chronieni przez hierarchiczną strukturę władzy. Ponieważ zgłaszanie lub kwestionowanie takich działań jest postrzegane jako zakłócanie pracy i przejaw braku profesjonalizmu, studenci bardzo szybko uczą się konformizmu. W rezultacie w sytuacjach budzących sprzeciw moralny czują się „pozbawieni głosu”, a jako bierni świadkowie poczynań przełożonych stają się ich współwinowajcami. Budzi to w nich poczucie bezsilności i „uwięzienia

w hierarchii”. W ten sposób dystansują się od własnej bierności lub niemoralnych czynów, przenosząc odpowiedzialność na system lub przełożonych i tłumacząc sobie, że nie mieli innego wyjścia.

Aby sprostać wymaganiom, studenci mogą odczuwać potrzebę podwojenia jaźni i wykształcenia „ja medycznego”, które pozwoli im działać zgodnie z oczekiwaniami otoczenia. Jednak, jak ostrzegają Lifton i Rank, istnieje ryzyko, że ta nowa tożsamość zawodowa

z czasem całkowicie wyprze ich pierwotną osobowość.

Cykl hierarchicznej i społecznej presji, kompromisów moralnych oraz wynikających

z nich przyzwyczajeń niesie ze sobą liczne konsekwencje. Najpoważniejszą z nich jest erozja integralności zawodowej i akademickiej. Potwierdzają to badania: studenci pierwszego roku znacznie surowiej oceniali przypadki nieuczciwości akademickiej niż ich starsi koledzy.

Co więcej, większy odsetek studentów na wyższych latach deklarował, że osobiście dopuścił się lub dopuściłby się takich nadużyć. Erozja integralności zawodowej była również widoczna w badaniu, w którym zapytano studentów medycyny na różnych etapach edukacji o ich doświadczenia i postawy wobec oszukiwania. Na pierwszym roku od 97 do 100% studentów twierdziło, że nie zamierza oszukiwać podczas studiów, jednak na czwartym roku już co czwarty przyznawał się do oszustw bezpośrednio związanych z opieką nad pacjentem. Takie działania – jak zatajanie braku zlecenia badań, przypisywanie sobie wyników uzyskanych przez innych czy dokumentowanie niewykonanych czynności – motywowane były strachem lub „presją, aby sprawiać wrażenie wszechwiedzących”. Jedna z respondentek wspomniała radę rezydenta, który wprost zasugerował, że „lepiej wypadnie, jeśli trochę skłamie”.

Jeśli przyszli lekarze zmuszeni są wykształcić „medyczne ja”, aby przetrwać studia, to istnieje ryzyko, że zanim jeszcze zostaną rezydentami, ich zawodowa tożsamość całkowicie wyprze tę pierwotną. Wówczas to oni będą uczyć – lub wręcz przymuszać do podobnego konformizmu – kolejnych studentów. Popularna w medycynie zasada „zobacz, wykonaj, naucz” jedynie potęguje to zjawisko poprzez mechanizm syndromu myślenia grupowego. Brainard i Brislen zauważyli, że „profesjonalizm studentów podważano natychmiast, gdy tylko różnili się oni w opiniach od reszty zespołu”. Jeden ze stażystów usłyszał wręcz od swojego kierownika, iż „najważniejszą cnotą zawodową jest umiejętność dogadywania się

z przełożonymi”.

Poczucie bezsilności, strategia podwojenia oraz syndrom myślenia grupowego okazują się istotnymi elementami podprogowego przekazu edukacyjnego, nastawionego na utrzymanie hierarchii władzy. Lekarze powinni poddać krytycznej analizie strukturalne uwarunkowania kształcenia medycznego, które mogą prowadzić do tego, że przyszli medycy będą cenić posłuszeństwo ponad wszystko, postrzegając siebie jedynie jako małe trybiki

w cudzej maszynie.

„Moglibyśmy po prostu poczuć żal i na tym poprzestać, widząc pacjentów źle traktowanych wskutek nadmiernego posłuszeństwa personelu medycznego, gdyby nie inne wnioski z badań Milgrama. Nie wszyscy badani byli posłuszni […] Nieposłuszeństwa uzasadnionego etycznie można nauczyć”.

– Eric J. Cassell

Problemy złego traktowania studentów medycyny i nadużywania władzy przez lekarzy są znane od dziesięcioleci. Mimo to wprowadzone strategie i programy edukacyjne nie zdołały wyeliminować tego strukturalnego problemu. Badacze sugerują, że to właśnie podprogowy przekaz edukacyjny może skutecznie hamować te zmiany.

Działania zaradcze, takie jak kursy dotyczące radzenia sobie z molestowaniem seksualnym, przemocą psychiczną czy niesprawiedliwą oceną nie dotykają sedna – presji społecznej

i sił instytucjonalnych, które sprzyjają nadużywaniu władzy. Ucząc studentów, jak funkcjonować w tym wadliwym systemie, edukatorzy utrwalają status quo i zachęcają ich do adaptacji i wytworzenia owej podwójnej tożsamości – wykształcenia odpornego „ja medycznego”. Na niektórych zajęciach studenci słyszą wręcz, że będą mogli postępować właściwie dopiero wtedy, gdy sami zostaną lekarzami. Tworzy to nierealne oczekiwanie, że to jednostki mają inicjować zmiany w problemach o charakterze instytucjonalnym, i wywołuje poczucie winy, gdy nie są one w stanie temu sprostać. Brainard i Brislen konstatują, że „obecna struktura edukacji oraz sposób oceny profesjonalizmu uderzają w moralność, pewność siebie i etykę studentów w większym stopniu, niż się powszechnie przyznaje”, pozostawiając ich „z poczuciem krzywdy, niesprawiedliwie ocenionymi oraz szczerze

i tragicznie zdezorientowanymi”.