wyniki, wygładzi tabelki, wyrówna
krok, wyniesie na wyżyny, doda aury,
udoskonali, udoskonali!
Wolę sobie nie wyobrażać, co się
stanie, jeśli zawalę prezencję. Jeśli
nie polepszę, nie podciągnę, a krzywa
znów będzie zdradliwie pozioma.
Wolę nie myśleć, nie, nie teraz, nie
teraz, wybiegam
z domu...
Pół godziny później Londyn
zdradza mnie obrzydliwie. Ktoś,
kto choć przez chwilę przebywał w
tym mieście, wie, że tu rok dzieli się
na dwie pory: deszczową i jeszcze
bardziej deszczową. I właściwie nikt
tak naprawdę nie wie, która jest
która.
Przed stacją metra ulewa chwyta
mnie wpół. Nie ma sensu sięgać
po parasol – deszcz pada poziomo,
ze
wszystkich
stron.
Asytują
mu rozpędzone auta, radośnie
rozbryzgując kałuże.
Nie myślę już o Grace Kelly, na próżno
zachowuję myśli, włosy, teorie,
argumenty, przekonania o wyższości,
o konieczności, o ulepszaczach.
Wsiadam do metra i huśtam się w
szeregu takich jak ja, w kolejce do raju.
Blade, drżące jarzeniówki wyłuskują
z naszych twarzy to, co usilnie
staraliśmy się zatuszować, rzucają
nasze podobizny na szybę. Jak złośliwa
przyjaciółka przyciskają nam nos do
lustra: „masz pryszcza! nie przespałaś
nocy! uuu, nowe zmarszczki pod
oczami; co tam, kłopoty – w domu czy
w pracy? A może w łóżku?”. Odwracam
głowę, nie chcę patrzeć, po chwili
jednak wracam. Zaraz, zaraz, czy
nie wyglądam jak postać z obrazów
Boscha? Nieidealnie... piękna?
Wychodzę z metra; jestem
spóźniona, ale nie biegnę, nie walczę
o doskonałość, odpuszczam. Właśnie,
ODPUSZCZAM.
Oddycham. Dzień mija jakoś, pewnie
nie jestem Grace Kelly, daleko
mi nawet do jej marnej imitacji.
Doskonałość spływa po mnie jak
deszcz. I przyznam Wam szczerze:
nagle cieszy mnie to niezmiernie,
że jednak spływa, że potrafię
wyluzować.
Kto mnie tam zresztą wie, jak długo
wytrzymam, czy znów nie porwie
mnie
prasowanie
zmarszczek,
odejmowanie
lat,
wygładzanie,
podciąganie, doskonalenie.
O co więc chodzi? Popatrzcie,
zabieganie o doskonałość pożera nam
kontemplowania świata. I z definicji
jest bezcelowe. Osiągnąć ideał? To
byłoby smutne.
Dlatego, Kochane, zróbmy sobie
prezent:
odpuśćmy,
zwolnijmy
siebie, chociaż na moment, z warty
na straży ideału. Zaparzmy kawę i w
ukochanych swetrach, którym daleko
od klasyki Burberry, celebrujmy
rozmowę. Dokładam do niej poezję
Marcina Kurka, który właśnie dostał
nagrodę Kościelskich: „Jest koniec
października, deszcz/ pada od trzech
dni. Słucham adagia/ z dziewiątej
Brucknera...”
Iza Smolarek
PS. Według najnowszych
badań, dla większości Polaków
symbolem
wyrafinowanego
smaku jest otaczanie się drogimi
przedmiotami. Tylko trzydzieści
procent uważa, że w dobrym guście
jest elokwencja.
Lejdiz 105