Marzec Special 2013 Walentynki 2011 | Page 105

wyniki, wygładzi tabelki, wyrówna krok, wyniesie na wyżyny, doda aury, udoskonali, udoskonali! Wolę sobie nie wyobrażać, co się stanie, jeśli zawalę prezencję. Jeśli nie polepszę, nie podciągnę, a krzywa znów będzie zdradliwie pozioma. Wolę nie myśleć, nie, nie teraz, nie teraz, wybiegam z domu... Pół godziny później Londyn zdradza mnie obrzydliwie. Ktoś, kto choć przez chwilę przebywał w tym mieście, wie, że tu rok dzieli się na dwie pory: deszczową i jeszcze bardziej deszczową. I właściwie nikt tak naprawdę nie wie, która jest która. Przed stacją metra ulewa chwyta mnie wpół. Nie ma sensu sięgać po parasol – deszcz pada poziomo, ze wszystkich stron. Asytują mu rozpędzone auta, radośnie rozbryzgując kałuże. Nie myślę już o Grace Kelly, na próżno zachowuję myśli, włosy, teorie, argumenty, przekonania o wyższości, o konieczności, o ulepszaczach. Wsiadam do metra i huśtam się w szeregu takich jak ja, w kolejce do raju. Blade, drżące jarzeniówki wyłuskują z naszych twarzy to, co usilnie staraliśmy się zatuszować, rzucają nasze podobizny na szybę. Jak złośliwa przyjaciółka przyciskają nam nos do lustra: „masz pryszcza! nie przespałaś nocy! uuu, nowe zmarszczki pod oczami; co tam, kłopoty – w domu czy w pracy? A może w łóżku?”. Odwracam głowę, nie chcę patrzeć, po chwili jednak wracam. Zaraz, zaraz, czy nie wyglądam jak postać z obrazów Boscha? Nieidealnie... piękna? Wychodzę z metra; jestem spóźniona, ale nie biegnę, nie walczę o doskonałość, odpuszczam. Właśnie, ODPUSZCZAM. Oddycham. Dzień mija jakoś, pewnie nie jestem Grace Kelly, daleko mi nawet do jej marnej imitacji. Doskonałość spływa po mnie jak deszcz. I przyznam Wam szczerze: nagle cieszy mnie to niezmiernie, że jednak spływa, że potrafię wyluzować. Kto mnie tam zresztą wie, jak długo wytrzymam, czy znów nie porwie mnie prasowanie zmarszczek, odejmowanie lat, wygładzanie, podciąganie, doskonalenie. O co więc chodzi? Popatrzcie, zabieganie o doskonałość pożera nam kontemplowania świata. I z definicji jest bezcelowe. Osiągnąć ideał? To byłoby smutne. Dlatego, Kochane, zróbmy sobie prezent: odpuśćmy, zwolnijmy siebie, chociaż na moment, z warty na straży ideału. Zaparzmy kawę i w ukochanych swetrach, którym daleko od klasyki Burberry, celebrujmy rozmowę. Dokładam do niej poezję Marcina Kurka, który właśnie dostał nagrodę Kościelskich: „Jest koniec października, deszcz/ pada od trzech dni. Słucham adagia/ z dziewiątej Brucknera...” Iza Smolarek PS. Według najnowszych badań, dla większości Polaków symbolem wyrafinowanego smaku jest otaczanie się drogimi przedmiotami. Tylko trzydzieści procent uważa, że w dobrym guście jest elokwencja. Lejdiz 105