podróże
W
yruszyliśmy w grudniowe popołudnie:
Turcy, Hindusi, Brytyjczycy, Placek
i ja oraz pewna rodzina hinduskich Sikhów,
która zajęła ponad dwa rzędy siedzeń. Kiedy
wchodziliśmy na pokład samolotu tureckich
linii lotniczych, zza pleców załogi łypnęło na
nas oko proroka - amulet, zapewniając opiekę
- mashallah oraz bezpieczny lot – inshallah.
Jeszcze przed startem rozdano tureckie
gazety i napoje, a my, w ramach
kulturoznawczych obowiązków,
spróbowaliśmy raki o anyżkowym smaku,
do której podano nam wodę. Kiedy
skosztowałam łyk alkoholu, mój sąsiad
wyjaśnił, że woda służy do rozcieńczenia
i zmienia kolor trunku na mleczny. Jesteśmy
z Polski – poinformowałam go. - Şerefe (na
zdrowie)! - odpowiedział. Więcej instrukcji
nie otrzymaliśmy.
Po wylądowaniu sporo czasu zajęło
nam wydostanie się z lotniska. Najpierw
musieliśmy wykupić znaczek wizowy,
wydany w milczeniu przez panią w okienku,
później minęliśmy stanowisko medyczne
monitorujące stan zdrowia przybyłych,
a następnie na długi czas utknęliśmy
w egzotycznej, „mozaikowej” kolejce,
składającej się z przybyszów z Azji i krajów
byłego Związku Radzieckiego. Wszyscy
przyglądali się sobie z nieukrywanym
zainteresowaniem. Sikhowie przykuli uwagę
złotozębnych piękności z Turkmenistanu.
A kiedy Placek i ja zapytaliśmy je,
z ciekawości, o kraj pochodzenia, kobiety
bez słowa sięgnęły do swoich pokaźnych,
ukrytych pod kolorowymi chustami koków
i zaczęły wydobywać z nich złotą biżuterię,
oferując nam ją na sprzedaż. W ostateczności
wiosna 2011
Lejdiz 149