Marzec Special 2013 Lejdiz Wiosna 2011 | Page 149

podróże W yruszyliśmy w grudniowe popołudnie: Turcy, Hindusi, Brytyjczycy, Placek i ja oraz pewna rodzina hinduskich Sikhów, która zajęła ponad dwa rzędy siedzeń. Kiedy wchodziliśmy na pokład samolotu tureckich linii lotniczych, zza pleców załogi łypnęło na nas oko proroka - amulet, zapewniając opiekę - mashallah oraz bezpieczny lot – inshallah. Jeszcze przed startem rozdano tureckie gazety i napoje, a my, w ramach kulturoznawczych obowiązków, spróbowaliśmy raki o anyżkowym smaku, do której podano nam wodę. Kiedy skosztowałam łyk alkoholu, mój sąsiad wyjaśnił, że woda służy do rozcieńczenia i zmienia kolor trunku na mleczny. Jesteśmy z Polski – poinformowałam go. - Şerefe (na zdrowie)! - odpowiedział. Więcej instrukcji nie otrzymaliśmy. Po wylądowaniu sporo czasu zajęło nam wydostanie się z lotniska. Najpierw musieliśmy wykupić znaczek wizowy, wydany w milczeniu przez panią w okienku, później minęliśmy stanowisko medyczne monitorujące stan zdrowia przybyłych, a następnie na długi czas utknęliśmy w egzotycznej, „mozaikowej” kolejce, składającej się z przybyszów z Azji i krajów byłego Związku Radzieckiego. Wszyscy przyglądali się sobie z nieukrywanym zainteresowaniem. Sikhowie przykuli uwagę złotozębnych piękności z Turkmenistanu. A kiedy Placek i ja zapytaliśmy je, z ciekawości, o kraj pochodzenia, kobiety bez słowa sięgnęły do swoich pokaźnych, ukrytych pod kolorowymi chustami koków i zaczęły wydobywać z nich złotą biżuterię, oferując nam ją na sprzedaż. W ostateczności wiosna 2011 Lejdiz 149