Szczescie pachnace waniija - M. Witkiewicz- fragment książki
TRZECIA CZTERDZIEŚCI TRZY I ZAPALONE ŚWIATŁO
Na czwartym piętrze paliło się światło, a okno było szeroko otwarte. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że była trzecia czterdzieści trzy i to nie ta trzecia, kiedy już prawie kończysz pracę, ale ta trzecia, kiedy normalny człowiek mocniej przykrywa się kołdrą, przytula do męża albo odwraca się na drugi bok, z lekka ziewając
Kolejna trzecia czterdzieści trzy, kiedy Natalia z zamkniętymi oczami przygotowywała mleko w butelce, by nakarmić drącą się wniebogłosy córkę. Córkę kochała nad życie, ale o tej trzeciej czterdzieści trzy jakby nieco mniej. Nieznacznie mniej, oczywiście. O tej godzinie jednak najbardziej kochała spać.
Córka wolała jeść. Czego też się głośno domagała
Zatem Natalii nie pozostało nic innego, jak zapewnić swemu dziecku jedną z podstawowych potrzeb w hierarchii Maslowa – nakarmić ją, poczekać, aż się jej odbije, i udać się z powrotem do łóżka na całe szczęśliwe trzy godziny, kiedy to znowu będzie musiała zagwarantować dziecku realizację jego podstawowych potrzeb bytowych.
I tak do matury.
Przynajmniej mama Natalii tak twierdziła. A potem jest jeszcze gorzej.
No, ale wracając do okna.
Mijała czwarta noc z kolei, a okno na czwartym piętrze znowu było otwarte. I jeszcze to zapalone światło. Gdyby to była upalna lipcowa noc, to by zrozumiała, ale w lutym? Minus piętnaście, a tam otwarte okno.
Podejrzane.