Jim Morrison
Królu Jaszczurów
?pij spokojnie, lataj?ce oczy
przejmuj? wart?
69 lat temu, tu? po imieninach Miko?aja na ?wiat
przyszed? Jim Morrison. Mój osobisty bóg wina
i ?ycia, chudy, d?ugow?osy Dionizos. Rodzice
przywitali go na ?wiecie dok?adnie 8 grudnia
1943 roku. Gdyby ?y?, w tym roku zbli?a?by
si? niebezpiecznie
do siedemdziesi?tki.
Niebezpiecznie, bo nazwa? ?ycie Morrisona
bezpiecznym to tak, jakby wsi??? za kierownic?
Bugatti po kursie jazdy na Need For Speed.
Dobrze si? sta?o, bo jak mawia? Nietzsche:
„ulubie?cy bogów umieraj? m?odo, by ?y?
wiecznie w ich towarzystwie”.
Jim pozostawi? po sobie co? wi?cej ni? kilkana?cie
dobrych pie?ni i wierszy. Pozostawi? legend?,
która jak bumerang wraca do mnie w jego
urodziny, co roku grudniow? por?. Nie mam
ju? siedmiu lat. Mimo wszelkich stara? i nawet
kilku prób dogadania si? z Miko?ajem w kwestii
prezentu, zawsze w okolicy 6 grudnia popadam
z nim w konflikt, w konsekwencji którego, pod
moj? poduch? nie l?duje nawet rózga. Od
wielu lat jednak na ka?d? okazj? - a ?wi?ta
to najczarowniejszy czas, najodpowiedniejszy
dla dzikich zachcianek - ?ycz? sobie by Jim
Morrison wsta? z grobu i jak Jezus w ?wi?tyni,
w Jerozolimie zrobi? porz?dek z umieraj?cym
rock’n’rollem.
Kiedy, jak nie w ?wi?ta spe?niaj? si? marzenia.
Chyba pierwszy raz by?am grzeczna, bo
kilka dni temu mój serdeczny kolega napisa?
do mnie tak: „Zobacz, Morrison wkurwiony
poziomem wspó?czesnego rocka postanowi?
zmartwychwsta?”. Tym opisem opatrzy?
przes?any mi drog? internetow? kawa?ek
„Don’t point your god at me” zespo?u The Flying
Eyes. Ca?o?? uzna?abym pewnie za ?art, gdyby
nie gdyby nie g?os wokalisty. Niemo?liwe,
niewiarygodne, ale jednak. To jest kto? ?ywy,
kto ma g?os Jima! Dawno ju? nie s?ysza?am tak
znakomitej muzyki. Wierzy? si? nie chce, ?e
mo?na uzyska? takie brzmienie, co oszuka ucho
nawet tak zagorza?ego fana oldskulowego
brzmienia jak ja.
93