Invited Magazine Issue 4 | Page 94

Jim Morrison Królu Jaszczurów ?pij spokojnie, lataj?ce oczy przejmuj? wart? 69 lat temu, tu? po imieninach Miko?aja na ?wiat przyszed? Jim Morrison. Mój osobisty bóg wina i ?ycia, chudy, d?ugow?osy Dionizos. Rodzice przywitali go na ?wiecie dok?adnie 8 grudnia 1943 roku. Gdyby ?y?, w tym roku zbli?a?by si? niebezpiecznie do siedemdziesi?tki. Niebezpiecznie, bo nazwa? ?ycie Morrisona bezpiecznym to tak, jakby wsi??? za kierownic? Bugatti po kursie jazdy na Need For Speed. Dobrze si? sta?o, bo jak mawia? Nietzsche: „ulubie?cy bogów umieraj? m?odo, by ?y? wiecznie w ich towarzystwie”. Jim pozostawi? po sobie co? wi?cej ni? kilkana?cie dobrych pie?ni i wierszy. Pozostawi? legend?, która jak bumerang wraca do mnie w jego urodziny, co roku grudniow? por?. Nie mam ju? siedmiu lat. Mimo wszelkich stara? i nawet kilku prób dogadania si? z Miko?ajem w kwestii prezentu, zawsze w okolicy 6 grudnia popadam z nim w konflikt, w konsekwencji którego, pod moj? poduch? nie l?duje nawet rózga. Od wielu lat jednak na ka?d? okazj? - a ?wi?ta to najczarowniejszy czas, najodpowiedniejszy dla dzikich zachcianek - ?ycz? sobie by Jim Morrison wsta? z grobu i jak Jezus w ?wi?tyni, w Jerozolimie zrobi? porz?dek z umieraj?cym rock’n’rollem. Kiedy, jak nie w ?wi?ta spe?niaj? si? marzenia. Chyba pierwszy raz by?am grzeczna, bo kilka dni temu mój serdeczny kolega napisa? do mnie tak: „Zobacz, Morrison wkurwiony poziomem wspó?czesnego rocka postanowi? zmartwychwsta?”. Tym opisem opatrzy? przes?any mi drog? internetow? kawa?ek „Don’t point your god at me” zespo?u The Flying Eyes. Ca?o?? uzna?abym pewnie za ?art, gdyby nie gdyby nie g?os wokalisty. Niemo?liwe, niewiarygodne, ale jednak. To jest kto? ?ywy, kto ma g?os Jima! Dawno ju? nie s?ysza?am tak znakomitej muzyki. Wierzy? si? nie chce, ?e mo?na uzyska? takie brzmienie, co oszuka ucho nawet tak zagorza?ego fana oldskulowego brzmienia jak ja. 93