tworzą niepowtarzalną kome-dię pomyłek. Każdy skutek staje się jeszcze bardziej niepra-wdopodobny od jego przy-czyny, a widzowi zupełnie to nie przeszkadza, co więcej: nie ma prawa przeszkadzać. W tym filmie nie chodzi o fabułę, jej jedynym zadaniem jest roz-bawienie widza, tutaj forma przewyższa treść.
Nazwać postacie barwny-mi, to jak nie powiedzieć zupełnie nic. Jeff Bridges, John Good-man, Steve Buscemi, Julianne Moore bez wątpienia wykreowali jedne z najbardziej wyrazistych i rozpoznawalnych ról w świecie filmu. Aktorzy nie pozwalają nam wyobrazić sobie nikogo innego na ich miejscu. W niektórych przy-padkach nawet jedna czy dwie sceny wystarczają, aby dana postać zapadła w pamięć na długo: najdobitniejszym tego przykładem jest prawdopo-dobnie John Turturro ze swoją rolą Jezusa.
Kręgle obecne w filmie od początku do końca, są wspa-niałą w swojej prostocie, metaforą życia. Zauważyć to można już podczas napisów początkowych, gdzie różni ludzie, niebędący bohaterami filmu, po kolei zbijają kręgle na poszczególnych torach. Sym-bol jest prosty: przedstawia życie jako pełne sukcesów i porażek, w zależności od tego ile kręgli uda nam się zbić. W pewnych momentach, możemy nawet przypuszczać, że praca kamery wiele czerpie z ruchu samej kuli. Jej ruchy są płynne, a niektóre sceny ukazane w zwolnionym tempie tylko potęgują to wrażenie.
Oglądając film, nawet po raz 10, nadal możemy wychwycić pewne smaczki i wykryć nowe symbole, jednak będąc tak szczegółowym, brak mu skomplikowanej fabuły. Każda scena jest dopracowana do perfekcji, tak naprawdę zawsze jesteśmy w stanie się z czegoś śmiać. Jak już wcześniej wspomniałam absurd goni absurd, próżne jest szukanie tam czegoś zwyczajnego i właśnie z tym trzeba się pogodzić. Na pewno nie należy starać się na siłę polubić tego filmu, bo jak nie przemówi do nas za pierwszym razem, to oznacza, że definitywnie nie jest w naszym guście.