My first Publication MADEIN_issuu styczeń-luty | Seite 24

POSTAĆ MADE IN: Ożyły wspomnienia kiedy tu wszedłeś? Paweł Burczyk: Wszedłem jak do siebie, znam tu wszystkie zakamarki. Pamiętam specyficzny zapach magazynu kostiu- mów, rekwizytorni. Jako dziecko wpadałem tam, chwytałem za miecz i walczyłem z wymyślonym przeciwnikiem. Ponieważ rodzice tu pracowali, wszyscy byli dla mnie ciociami i wuj- kami. Po liceum, zanim dostałem się do szkoły teatralnej w Warszawie, pozwolono mi przez rok być adeptem na tej scenie. Więc pierwszego dnia, zgodnie z procedurą rzemiosła teatralnego, podchodziłem do każdego i się przedstawia- łem. Aż któryś z aktorów to przerwał: „nie pierdol, przynieś wódkę”. 024 Przyniosłeś? No tak, młody zawsze biegał po flaszkę, jak w  wojsku. Pamiętam jak graliśmy spektakl „Chory z urojenia” Fredry, stoję w kulisach przejęty, mam dwie sceny do zagrania. A jeden z wujków: „a ty gdzie się pchasz? Dzisiaj gramy krócej, bo jest mecz”. Wycięli moją rolę żeby zdążyć przed telewizor. Nie miałeś taryfy ulgowej jako syn aktorskiej pary? Rodzice (Irena Telesz-Burczyk i Stefan Burczyk – red.) raczej wystawiali mi recenzje, niż radzili czy chronili. Mama – moja pierwsza mistrzyni, do dzisiaj analizuje moje role, poucza i doradza. A ojciec ewentualnie pytał: „a zapłacili?”, w sen- sie – bo jak zapłacili, to OK. Wtedy wiedziałem, że coś mu się nie podoba, ale nigdy nie wchodził w szczegóły. Dostałem od rodziców króliczą łapkę do nakładania pudru – symbol miano- wania na aktora. Ale kiedy to było? Nie pamiętam. Nie mam pamięci do dat, a jeszcze bardziej do nazwisk. To jak uczysz się ról? Nauka roli to inny rodzaj pamięci, to przede wszystkim emo- cje. Maturę w LO 4 z polskiego zdałem dzięki zaświadczeniu o dysleksji. Byłem pierwszą osobą w Olsztynie, która dostała takie papiery. Na szczęście w tekście mówionym „ó” i „u” brzmi tak samo. Skończyłeś w tym roku 50 lat, na scenie pojawiłeś się po raz pierwszy 45 lat temu. Nie miewałeś myśli o zmianie zawodu, kiedy telefon milczał? Tak, rzeczywiście, zadebiutowałem w  wieku pięciu lat w „Kartotece” w teatrze w Grudziądzu. Grałem w scenie, która była snem głównego bohatera: razem z kolegami biegaliśmy, śpiewaliśmy, strzelaliśmy z pistole- tów… I, chociaż mój nie chciał strzelać, już wtedy wiedzia- łem, że będę aktorem. Wcześniej byłem zakochany w cyrku i chciałem zostać klaunem. Ale nauka wszystkich cyrkowych umiejętności wydawała mi się zbyt trudna. Pod koniec szkoły podstawowej organizowano nam spotkania z przedstawicie- lami szkół, żeby ułatwić wybór przyszłej drogi zawodowej. Ja byłem z nich zwolniony, moja wychowawczyni, cudowna Joanna Kottik, mówiła: „on nie musi, będzie aktorem”. Ceniła moją wyobraźnię i dowcip. Raz narysowałem dwie pionowe kreski i powiedziałem, że to drzewo w zimie – dostałem piątkę. Masz na koncie ponad 120 ról. Przy której napracowałeś się najmniej? Najszybszy plan filmowy trwał 15 minut. Przyjechałem samochodem na plan, założyłem kurtkę, wsiadłem do samo- chodu, przejechał pociąg przez most na Dunaju i odjechałem.