17
o której należy stale pamiętać, jeżeli chce się przeżyć – mówił po wojnie Samuel Pisar – jest: nigdy nie przyznawać się i nie pokazywać po sobie najdrobniejszej oznaki słabości czy kalectwa”. Na rysunku Kościelniaka idą więc równo, z trudem prostują sylwetki, a nawet wypinają piersi na znak krzepkości, która miała podnieść ich szanse na choćby jeden dzień życia więcej. Przy bramie zaś, stoją rachujący równe rzędy esesmani. Na pierwszy rzut oka można by ich pomylić z oficerami odbierającymi defiladę jakiejś zwycięskiej armii. I jeszcze jedna rzecz; czyli to, czego nie dało się narysować, a więc muzyka. Choćby tak często grane przy obozowej bramie „Salve Imperator” albo „Gladiatoren March”. Ten ostatni utwór morderczo szybki, jak dla tak skrajnie umęczonych ciał. I to miarowe bicie bębna. Jak przypominał
w swojej pracy naukowej dr Jacek Lachendro, co by nie grano, spośród wszystkich instrumentów najmocniej musiał uderzać bęben. Trzeba było, żeby wybijał rytm, który dotrze do skatowanych ludzi – pozwoli im zachowywać równy szereg, bo ewentualne potknięcie w każdej chwili mogło doprowadzić któregoś z bandytów do furii.
Ale na to, żeby w bramie Arbeit Macht Frei móc dostrzec ramę „triumfalnego pochodu”, jeszcze bardziej pozwala nam praca Władysława Siwka. Jego panoramiczna kompozycja pod tytułem „Powrót karnej kompanii z pracy”, przedstawia niekończący się pochód zmaltretowanych więźniów. Ci
z pierwszego planu zdążyli już przemaszerować pod bramą. Niektórzy są tak bliscy śmierci, że towarzysze muszą ich wspierać albo nieść o własnych siłach. To był Wielki Piątek 1942 r. Dla sadystycznego żartu, jeden z nich został więc wywyższony. Siedzi na platformie dźwiganej przez kilku więźniów. Jest ledwo żywy. Mimo to w lewą rękę wetknięto mu narzędzie tortury – łopatę, a na głowę nałożono cierniowy wieniec. Jednak pasyjność tej sceny jest czytelna wyłącznie poprzez koronę
i wpółżywą sylwetkę przywodzącą na myśl motyw „Ecce Homo”, zaś właściwy kontekst Paschalnego Triduum można odczytać dopiero poznawszy konkretny dzień,
w którym się to wydarzyło. Jeżeliby szukać analogi do Ewangelii, to temu co Siwek przywołał na obrazie, kompozycyjnie bliżej jest pewnie do triumfalnego wjazdu Jezusa do Jerozolimy, w Niedzielę Palmową. Natomiast to, z czym już na pewno można by to skojarzyć, to ów charakterystyczny układ antycznych pochodów triumfalnych, dziedziczony z resztą później pod różnymi postaciami, przez kolejne epoki i wszystkie stany społeczne.
Pierwsza rzecz, jaką tu widzimy, to ogromna liczba sylwetek. Rzymskie procesje triumfalne znane były ze swojej długości
i liczebności – nie inaczej wygląda to na obozowej weducie Siwka. W pochodach tych kroczyli również liktorzy, czyli przyboczni dyktatora, dzierżąc w swoich rękach tak zwane rózgi liktorskie, symbol imperialnej władzy. Właściwie, to od owych fasces, grubych pęków brzozowych rózg przewiązanych czerwonym rzemieniem i od łacińskiego fascis, czyli „wiązka”, wiedzie się słowo, które znamy dzisiaj jako faszyzm. Patrząc na obraz, można by ich pewnie uosobić z kapo i funkcyjnymi – tyle że zamiast starożytnych pęków, na obrazie są pałki i kije. Jest też oczywiście orkiestra
i najpewniej głośny, rytmiczny bęben.
I tylko z braku ozdobnego i antycznego
w swojej tradycji wozu triumfalnego, na którym stał zwycięski przywódca – dla Hitlera był nim jego ukochany Mercedes-Benz 770, sunący pośród owacji
i werbli Hitlerjugend pod bramami triumfalnymi goszczących go miast
– w Auschwitz widzimy zwykłą platformę
z desek.
Ale jeżeli zostać jeszcze przez chwilę przy wozach triumfalnych i skojarzeniach
z Mercedesem 770, warto spojrzeć na dwuipółmetrowy, misterny „Triumphwagen”, a więc szesnastowieczny drzeworyt Albrechta Dürera, na którym mistrz przedstawił pochód triumfalny cesarza rzymskiego Maksymiliana I. Ponad jego głową odczytać możemy kilka słów wyrytych kunsztownymi literami. Składają się na nie, między innymi, cztery cnoty kardynalne, a więc: Iustitia (sprawiedliwość), Fortitudo (męstwo), Prudentia (roztropność) i Temperantia (umiarkowanie). Tymczasem – wracając do Siwka – okrutnym zrządzeniem, tuż nad głowami męczeńskiego pochodu
z Auschwitz, podobnie jak u Dürera, widzimy szlachetne i humanistyczne pojęcia. Tutaj są ułożone akurat przy pomocy dachówek, na całej długości wielkiego dachu obozowej kuchni; ogromny napis, obecny w trakcie funkcjonowania obozu, ciągnący się
w stronę placu apelowego – moralizatorska sentencja w języku niemieckim, która głosiła że kamieniami milowymi do wolności są: posłuszeństwo, uczciwość, czystość, trzeźwość, pracowitość, porządek, poświęcenie, prawdomówność i miłość do ojczyzny.
Wreszcie, trzeba oczywiście zwrócić uwagę na obecne tutaj, nieodzowne dla każdego antycznego pochodu tak zwane ornamenta triumfalia, czyli triumfalne insygnia. Zamiast laurowego wieńca, wspomniana już, upleciona z kolczastego krzewu corona triumphalis, a w miejscu tradycyjnej buławy z kości słoniowej, łopata. Spośród klasycznych atrybutów triumfatora brak tylko ozdobnych i specjalnie wykonywanych szat; tunici palamty i togi picty. W tym wypadku pasiak stanowił całe okrycie skatowanego, wywyższonego i bliskiego śmierci więźnia.
Zdumiewające, jak archetyp paradnego przekraczania bramy jest kulturowo silny. Mając oto tylko podstawowe składniki: maszerujących ludzi, architekturę bramy
i muzykę, nawet prymitywna, ssmańska wyobraźnia bez trudu dopowiadała resztę, niejako żądając kompozycyjnego, skodyfikowanego od czasów antycznych dopełnienia. I chociaż w totalitarnym państwie, rozmiłowanym w imperialnej starożytności, inscenizowanie triumfalnych pochodów wydaje się oczywiste, to akurat
w kontekście Auschwitz mamy do czynienia z czymś jeszcze. Mianowicie z układem, który w bezprecedensowy sposób, być może po raz pierwszy od dwóch tysięcy lat, tak jednoznacznie demaskuje zaklęte
w triumfalnych bramach okrucieństwo.
Dzisiaj znowu stanąłem pod łukiem Arbeit Macht Frei. Musiałem się nieco przeciskać pomiędzy sporymi grupami odwiedzających. Stali swobodnie, wpatrzeni w napis
i wsłuchani w przewodników. Byli młodzi
i barwni, najpierw pstrykali smartfonami zdjęcia, żeby po chwili, nieśpiesznym krokiem przejść przez bramę. Trzeba ogromnego wysiłku, pomyślałem, żeby teraz próbować dostrzec w tym miejscu i piekło
i łuk triumfalny wiodący do niego. Dzisiaj, poza architekturą nie ma już w tym miejscu śladu po codziennych wymarszach
i powrotach, po sadystycznych scenach czerpiących z antycznego decorum. Uleciały też z czasem ciche, a tak heroiczne triumfy tych, którym udawało się przeżyć jeszcze jeden dzień w Auschwitz. Analizując totalitaryzmy, historycy, psychologowie
i socjologowie piszą wciąż kolejne książki, próbując w swoich dziedzinach dojść sedna, zajrzeć za kurtynę tego co, choć niepoznawalne i tak powinno być usilnie zgłębiane. A estetyka? Czy ona sama może nam się jakoś przydać w myśleniu
o Auschwitz? Przede wszystkim zaś, czy – poza tym co najistotniejsze, a więc: wsłuchiwaniem się we wspomnienia, studiowaniem dokumentów zbrodni
i przedmiotów, które pozostały po ofiarach – to co wiemy o pięknie może nam być pomocne w uważnym i czujnym patrzeniu
w przyszłość? Kiedy wreszcie, razem
z innymi, przeszedłem po łukiem, przypomniało mi się, że podpowiedzi w tej sprawie, już przed wielu laty, dostarczył nam Zbigniew Herbert. W „Potędze smaku” pisał:
Zaiste ich retoryka była aż nazbyt parciana
Marek Tulliusz obracał się w grobie
Łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy
Dialektyka oprawców żadnej dystynkcji
w rozumowaniu
Składnia pozbawiona urody koniunktiwu
Tak więc estetyka może być pomocna w życiu
Nie należy zaniedbywać nauki o pięknie
Zanim zgłosimy akces trzeba pilnie badać
Kształt architektury rytm bębnów i piszczałek
Kolory oficjalne nikczemny rytuał pogrzebów