Na czym więc polega różnica pomiędzy klasycyzmem, nazwijmy to, obywatelskim, pooświeceniowym, a tym autorytarnym, którym z lubością otaczają się satrapowie? Różnica, jak to zazwyczaj w architekturze, zaklęta jest oczywiście w: proporcjach, intencjach i kontekście. Dość powiedzieć, że jeden i ten sam rzymski Panteon sprzed dwóch tysięcy lat, mógł się stać punktem odniesienia dla biblioteki szacownego Uniwersytetu Wirginii, uczelni ufundowanej przez Thomasa Jeffersona, jak i wzorcem dla Grosse Halle, Wielkiej Hali – niebotycznej kopuły zaplanowanej w samym sercu Germanii, stolicy świata, którą miał się stać po wojnie przebudowany Berlin. Za pierwszy z tych projektów odpowiadał osobiście, sam Jefferson, parający się filozofią humanista i walczący
z niewolnictwem trzeci prezydent Stanów Zjednoczonych, zaś drugi, to oczywiście wspólne dzieło Adolfa Hitlera i jego ukochanego architekta Alberta Speera. Dla obydwu niewolnictwo było nieodzownym modus operandi. Spośród tak wielu obozów koncentracyjnych, te we Flossenbürgu
i Mauthausen miały dostarczać milionów ton granitu dla zaspokojenia ich megalomańskich, klasycyzujących marzeń
o niebosiężnych gmachach i osiach kompozycyjnych ciągnących się po horyzont.
Tylko o ile wszystkie chyba motywy wiedzione z antyku mogą być interpretowane tak skrajnie, raz dyktatorsko, raz demokratycznie, to jest pośród nich ten, któremu zdecydowanie najbliżej do despotycznej aury. Chodzi mianowicie o łuk triumfalny. Szczególna forma wymykająca się prostej klasyfikacji. Czasem umieszczana w obrębie murów obronnych, jako wjazd do miasta, częściej jednak kojarzona z wolnostojącą architekturą – będącą wówczas obiektem bardziej symbolicznym i rzeźbiarskim niż funkcjonalnym. Rozpowszechniła się
w starożytnym Rzymie, stanowiąc kulminacyjny moment dla triumfalnego pochodu wojska, maszerującego ze swym wodzem na czele – triumfatorem powracającym do miasta po zwycięskich bitwach, ze skarbami i zdobycznymi niewolnikami prowadzonymi na postronkach.
Klasyczny łuk – te nowożytne najczęściej inspirowane były rzymskimi łukami Tytusa
i Konstantyna Wielkiego – począwszy od swoich gabarytów, poprzez siłę wyrazu kamiennych bloków, aż po narracyjne, płaskorzeźbione sceny na bocznych ścianach, stanowiły jednoznaczną emanację imperialnej potęgi. Miał całym sobą opowiadać o zwycięstwie, nagradzanych żołnierzach i dziękczynnych ofiarach składanych bogom. Jednak robiąc to wszystko, łuk triumfalny wiódł też narrację
o cudzej porażce, niejednokrotnie wyobrażając w kamiennych reliefach pokonane armie, zrabowane dobra
i przyjmowane hołdy.
Myśląc o istocie łuków triumfalnych
z dzisiejszej perspektywy, można by stwierdzić, że ich architektura jest tak antypacyfistyczną jak to sobie tylko można wyobrazić. Forma absolutnie zmilitaryzowana, butna i wyrosła na krwi przegranych. Wieszcząca przy tym apetyty triumfatora na kolejne podboje, gwałty
i trupy ścielące bitewne pola.
Warto też sobie uzmysłowić, że nawet te łuki, które stawiano nie dla upamiętnienia triumfu, ale na przykład ku czci samego władcy, albo zawartego pokoju, mają
w perspektywie, a właściwie u swoich podstaw twardą hierarchię, cudzą zależność
i uległość. Najczęściej jednak porażkę – i to rozleglejszą niż by się mogło wydawać. Bo przecież zwycięstwo, jakie by ono nie było, jeżeli tylko wynika ze zwarcia człowieka
z człowiekiem, zawsze i po obydwu stronach konfliktu pozostawia osad klęski.
Hitler wielbił triumfalne łuki. Wystarczy spojrzeć na jedną z jego akwareli jeszcze
z 1914 r., na której odmalował monachijską Bramę Zwycięstwa, albo własnoręczny szkic, jeszcze z lat dwudziestych, potwornie niezgrabnego, monstrualnego łuku triumfalnego, który później można było oglądać w wersji przestrzennej na słynnej makiecie niezrealizowanego Planu Germanii. Architekturą i urbanistyką pragnął wzbudzać u Niemców „poczucie heroizmu”.
O masywnych budowlach antycznych pisał
w Mein Kampf, że „nie powstały dla jakiegoś doraźnego celu, ale zdawały się być powołane do wieczności”. Fantazjował o łuku tak gargantuicznym, że ten najsłynniejszy
z nowożytnych, paryski, z placu Gwiazdy mógłby się w całości schować we wnętrzu hitlerowskiego. Marzył, żeby przyćmić Paryż, miasto, które już od młodości było przecież
Na czym więc polega różnica pomiędzy klasycyzmem, nazwijmy to, obywatelskim, pooświeceniowym, a tym autorytarnym, którym z lubością otaczają się satrapowie? Różnica, jak to zazwyczaj w architekturze, zaklęta jest oczywiście w: proporcjach, intencjach i kontekście. Dość powiedzieć, że jeden i ten sam rzymski Panteon sprzed dwóch tysięcy lat, mógł się stać punktem odniesienia dla biblioteki szacownego Uniwersytetu Wirginii, uczelni ufundowanej przez Thomasa Jeffersona, jak i wzorcem dla Grosse Halle, Wielkiej Hali – niebotycznej kopuły zaplanowanej w samym sercu Germanii, stolicy świata, którą miał się stać po wojnie przebudowany Berlin. Za pierwszy z tych projektów odpowiadał osobiście, sam Jefferson, parający się filozofią humanista i walczący
z niewolnictwem trzeci prezydent Stanów Zjednoczonych, zaś drugi, to oczywiście wspólne dzieło Adolfa Hitlera i jego ukochanego architekta Alberta Speera. Dla obydwu niewolnictwo było nieodzownym modus operandi. Spośród tak wielu obozów koncentracyjnych, te we Flossenbürgu
i Mauthausen miały dostarczać milionów ton granitu dla zaspokojenia ich megalomańskich, klasycyzujących marzeń
o niebosiężnych gmachach i osiach kompozycyjnych ciągnących się po horyzont.
Tylko o ile wszystkie chyba motywy wiedzione z antyku mogą być interpretowane tak skrajnie, raz dyktatorsko, raz demokratycznie, to jest pośród nich ten, któremu zdecydowanie najbliżej do despotycznej aury. Chodzi mianowicie o łuk triumfalny. Szczególna forma wymykająca się prostej klasyfikacji. Czasem umieszczana w obrębie murów obronnych, jako wjazd do miasta, częściej jednak kojarzona z wolnostojącą architekturą – będącą wówczas obiektem bardziej symbolicznym i rzeźbiarskim niż funkcjonalnym. Rozpowszechniła się
w starożytnym Rzymie, stanowiąc kulminacyjny moment dla triumfalnego pochodu wojska, maszerującego ze swym wodzem na czele – triumfatorem powracającym do miasta po zwycięskich bitwach, ze skarbami i zdobycznymi niewolnikami prowadzonymi na postronkach.
Klasyczny łuk – te nowożytne najczęściej inspirowane były rzymskimi łukami Tytusa
i Konstantyna Wielkiego – począwszy od swoich gabarytów, poprzez siłę wyrazu kamiennych bloków, aż po narracyjne, płaskorzeźbione sceny na bocznych ścianach, stanowiły jednoznaczną emanację imperialnej potęgi. Miał całym sobą opowiadać o zwycięstwie, nagradzanych żołnierzach i dziękczynnych ofiarach składanych bogom. Jednak robiąc to wszystko, łuk triumfalny wiódł też narrację
o cudzej porażce, niejednokrotnie wyobrażając w kamiennych reliefach pokonane armie, zrabowane dobra
i przyjmowane hołdy.
Myśląc o istocie łuków triumfalnych
z dzisiejszej perspektywy, można by stwierdzić, że ich architektura jest tak antypacyfistyczną jak to sobie tylko można wyobrazić. Forma absolutnie zmilitaryzowana, butna i wyrosła na krwi przegranych. Wieszcząca przy tym apetyty triumfatora na kolejne podboje, gwałty
i trupy ścielące bitewne pola.
Warto też sobie uzmysłowić, że nawet te łuki, które stawiano nie dla upamiętnienia triumfu, ale na przykład ku czci samego władcy, albo zawartego pokoju, mają
w perspektywie, a właściwie u swoich podstaw twardą hierarchię, cudzą zależność
i uległość. Najczęściej jednak porażkę – i to rozleglejszą niż by się mogło wydawać. Bo przecież zwycięstwo, jakie by ono nie było, jeżeli tylko wynika ze zwarcia człowieka
z człowiekiem, zawsze i po obydwu stronach konfliktu pozostawia osad klęski.
Hitler wielbił triumfalne łuki. Wystarczy spojrzeć na jedną z jego akwareli jeszcze
z 1914 r., na której odmalował monachijską Bramę Zwycięstwa, albo własnoręczny szkic, jeszcze z lat dwudziestych, potwornie niezgrabnego, monstrualnego łuku triumfalnego, który później można było oglądać w wersji przestrzennej na słynnej makiecie niezrealizowanego Planu Germanii. Architekturą i urbanistyką pragnął wzbudzać u Niemców „poczucie heroizmu”.
O masywnych budowlach antycznych pisał
w Mein Kampf, że „nie powstały dla jakiegoś doraźnego celu, ale zdawały się być powołane do wieczności”. Fantazjował o łuku tak gargantuicznym, że ten najsłynniejszy
z nowożytnych, paryski, z placu Gwiazdy mógłby się w całości schować we wnętrzu hitlerowskiego. Marzył, żeby przyćmić Paryż, miasto, które już od młodości było przecież
Carole Raddato from FRANKFURT, Germany, CC BY-SA 2.0 <https://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0>, via Wikimedia Commons
13