spodziewałem się, jak potężnym wstrząsem dla mojej wrażliwości moralnej okaże się ta podróż.
W ciągu dwóch tygodni odwiedziłem miejsca takie jak komora gazowa w Brandenburgu czy baraki w Auschwitz, służące dziś za przestrzeń wystawienniczą dokumentującą dokonane tam zbrodnie. Kierowany instynktem wyostrzonym podczas studiów medycznych – by w imię jasności intelektualnej tłumić emocje – starałem się zachować chłodny obiektywizm i akademicką ciekawość. Zawsze szczyciłem się umiejętnością władania słowem niczym bronią i tarczą, które chroniły mnie przed moralnym chaosem; uważałem je za narzędzie pozwalające uporządkować etyczne zawiłości świata. Jednak, gdy stanąłem na obozowej rampie, zaledwie kilka metrów od miejsca, gdzie osiemdziesiąt lat wcześniej lekarz SS posyłał ludzi do komór gazowych, zabrakło mi słów. Patrzyłem
z niemym niedowierzaniem na fotografie małych dzieci, takich jak Ingeborg, które kurczowo trzymały się matek, nieświadome, że są prowadzone na śmierć. Poczułem moralny bezwład, nie potrafiąc pojąć, jak ktokolwiek – a najmniej lekarz – mógł uczestniczyć w takim barbarzyństwie. Łkając cicho pośrodku ogromnego obozu, uległem paraliżującemu poczuciu klęski w starciu
z gigantyczną machiną zagłady, która w imię ideologii pochłonęła miliony istnień. Co mogłaby zmienić moja indywidualna forma oporu wobec systemu tak skutecznie zaprojektowanego do realizacji własnego programu?
Przez kilka tygodni po powrocie z Polski pozostawałem w stanie moralnego odrętwienia, niezdolny pojąć, jak mogło dojść do Auschwitz, podczas gdy lekarze przyglądali się temu biernie lub – co gorsza – gorliwie w tym uczestniczyli. Gdy zacząłem odtwarzać w pamięci sceny z własnych praktyk klinicznych, ogarnęło mnie niepokojące poczucie znajomości sytuacji, podszyte beznadzieją płynącą z mojego dotychczasowego milczenia. Widziałem
z przerażeniem rezydenta, który po brutalnym uciskaniu brzucha pacjenta w celu sprawdzenia objawów zapalenia pęcherzyka żółciowego, chłodno informował zwijającego się z bólu człowieka o planowanym wycięciu narządu. Słyszałem kolegę ze studiów, który przyłączał się do chóru rezydentów krytykujących krewną pacjentki walczącej
o lepszą opiekę dla matki, gdy możliwości leczenia były ograniczone. Uśmiechałem się półgębkiem, gdy ordynator przewracał oczami na widok nazwiska pacjenta znanego z tego, że jest „trudny”. Moja rola jako studenta przypominała rolę muchy: nieistotnej, irytującej, zepchniętej na samo dno hierarchii w królestwie medycyny. Zabranie głosu, nawet anonimowo, często oznaczało narażenie się na utratę reputacji – jeśli nie w zespole, to w oczach rówieśników, którzy uznaliby to za słabość i niezdolność do pracy pod presją. Przekaz był jasny: jeśli chcesz odnieść sukces, musisz wiedzieć, kiedy pogodzić się z rzeczywistością
i milczeć.
„Czy ktoś chciałby się czymś podzielić?” – zapytał jeden z wykładowców FASPE podczas spotkania absolwentów, chcąc dowiedzieć się, jak po czasie odnosimy bieżące wydarzenia do doświadczenia Auschwitz. Podczas gdy inni opowiadali o swoim gniewie, nadziejach i konstruktywnych sposobach na ukierunkowanie swoich emocji, ja milczałem, uświadamiając sobie, że wciąż nie znalazłem lekarstwa na własne poczucie bezsilności. Gorączkowo szukając antidotum na to duszące odrętwienie, przypomniałem sobie postawę Otto Krayera – niemieckiego lekarza, który otwarcie odmówił objęcia katedry po żydowskim koledze usuniętym z uczelni. Czyn Krayera był jednym z rzadkich przykładów moralnego sprzeciwu w środowisku akademickim Trzeciej Rzeszy. Nie zmieniło to jednak biegu zdarzeń – stanowisko i tak obsadzono innym profesorem, a Krayer otrzymał zakaz pracy na niemieckich uniwersytetach. Niemniej
z perspektywy historycznej podziwiamy go za to, że mimo ogromnych kosztów zawodowych, niezłomnie trwał przy własnych przekonaniach. Krayer nie definiował swojej podmiotowości moralnej poprzez skuteczność działań, lecz poprzez zasady, których odważył się publicznie bronić.
Nawet jeśli jego indywidualny akt oporu nie zmienił – i zapewne nie mógł zmienić – systemu stojącego w jaskrawej sprzeczności
z jego wartościami, Krayer nie pozwolił sobie na etyczną bierność. Wiedział bowiem, że bezczynność i milczenie oznaczają współudział. Zastanawiałem się, jak na jego czyn zareagowali koledzy po fachu. Czy uznali go za bohatera? Bardziej prawdopodobne, że mieli go za naiwniaka, który niepotrzebnie poświęcił karierę, choć mógł po cichu przyjąć stanowisko. Krayer nie zyskał nic wymiernego dzięki swojej zuchwałej odmowie. Dlaczego więc to zrobił?
W tamtej chwili zrozumiałem, że to właśnie lęk przed bezsilnością sprawiał, iż pozostawałem niezdolny do jakiegokolwiek etycznego sprzeciwu. Zbyt często widziałem, jak moi rówieśnicy przeprowadzają w duchu podobną kalkulację: studenci medycyny i tak nic nie zmienią, więc po co się wychylać? Ta samospełniająca się przepowiednia tłumi
w nas podmiotowość moralną, a my zbyt chętnie podporządkowujemy się wymogom systemu, byle tylko zostać przyjętym do elitarnego grona lekarzy. Taki stan etycznego uśpienia jest dziwnie komfortowy – nie tylko zdejmuje z nas odpowiedzialność za próby wprowadzania zmian, lecz wręcz zachęca do przejmowania postaw naszych przełożonych, co ma przyspieszyć akceptację przez środowisko. Łudzimy się, że pewnego dnia, gdy znajdziemy się wyżej w lekarskiej hierarchii, zyskamy dość władzy i poczucia bezpieczeństwa, by odważyć się na zasugerowanie zmian. Przynajmniej tak nam się wydaje. Widziałem jednak, do jak niebezpiecznego kresu prowadzi owa etyczna prokrastynacja. Rozmyślania o Auschwitz nauczyły mnie, że bycie pierwszym – czy wręcz jedynym – głosem sprzeciwu wobec niesprawiedliwości nigdy nie staje się łatwiejsze,, a taka odwaga często nie wystarczy, by zmienić tak potężny system jak medycyna. Mimo to Otto Krayera nie sparaliżował lęk przed bezsilnością; on kierował się wewnętrznym kompasem moralnym. Dla studenta medycyny nie oznacza to wcale przekreślania własnej kariery, zanim jeszcze na dobre się rozpoczęła. Być może chodzi o małe kroki: przeproszenie pacjenta za zadany mu ból, wsparcie dobrym słowem wyczerpanego opiekuna czy cierpliwe budowanie relacji
z kimś, kogo inni uznali za „trudnego”. Takie działania mogą spotkać się z odrzuceniem lub z próbami zniechęcenia nas przez otoczenie, ale należy je podejmować w imię własnych przekonań. Już samo to – niezależnie od skutku – stanowi świadectwo moralnej integralności oraz godny podziwu akt odwagi i wewnętrznej uczciwości.
Teoretycznie obowiązki etyczne lekarza są jasne: szanować autonomię pacjenta, nie szkodzić i zachowywać się przyzwoicie. Rzeczywistość praktyki klinicznej okazuje się jednak znacznie bardziej złożona. Struktury systemowe i hierarchiczne dają nam wszelkie powody, by milczeć i nie wychylać się przed szereg. Tymczasem w obliczu potęgi systemów politycznych i medycznych nic nie odbiera nam sił skuteczniej niż przeświadczenie o własnej niemocy. Otto Krayer odrobił tę lekcję i sprzeciwił się narodowemu socjalizmowi w imię wierności własnym zasadom. Jego postawa przypomina mi, że w chwilach, gdy dopada mnie lęk
i etyczny paraliż, mogę odwołać się do własnego sumienia i zdobyć się na to, co słuszne. Jeśli zaś wystarczająco wielu z nas znajdzie w sobie tę siłę, być może wspólnie zdołamy przekuć strach w działanie, a paraliż – w realną zmianę.
=====
Will J.W. Choi był stypendystą programu FASPE Medical w 2025 roku. Jest studentem medycyny w Warren Alpert Medical School na Uniwersytecie Browna.
=====
1. A. Goldstein, Otto Krayer (1899–1982): A Biographical Memoir, National Academy of Sciences, Waszyngton 1987, s. 153. Autor posiada zgodę na wykorzystanie wszystkich zamieszczonych fotografii.
2. https://encyclopedia.ushmm.org/content/en/article/eutha
nasia-program.
spodziewałem się, jak potężnym wstrząsem dla mojej wrażliwości moralnej okaże się ta podróż.
W ciągu dwóch tygodni odwiedziłem miejsca takie jak komora gazowa w Brandenburgu czy baraki w Auschwitz, służące dziś za przestrzeń wystawienniczą dokumentującą dokonane tam zbrodnie. Kierowany instynktem wyostrzonym podczas studiów medycznych – by w imię jasności intelektualnej tłumić emocje – starałem się zachować chłodny obiektywizm i akademicką ciekawość. Zawsze szczyciłem się umiejętnością władania słowem niczym bronią i tarczą, które chroniły mnie przed moralnym chaosem; uważałem je za narzędzie pozwalające uporządkować etyczne zawiłości świata. Jednak, gdy stanąłem na obozowej rampie, zaledwie kilka metrów od miejsca, gdzie osiemdziesiąt lat wcześniej lekarz SS posyłał ludzi do komór gazowych, zabrakło mi słów. Patrzyłem
z niemym niedowierzaniem na fotografie małych dzieci, takich jak Ingeborg, które kurczowo trzymały się matek, nieświadome, że są prowadzone na śmierć. Poczułem moralny bezwład, nie potrafiąc pojąć, jak ktokolwiek – a najmniej lekarz – mógł uczestniczyć w takim barbarzyństwie. Łkając cicho pośrodku ogromnego obozu, uległem paraliżującemu poczuciu klęski w starciu
z gigantyczną machiną zagłady, która w imię ideologii pochłonęła miliony istnień. Co mogłaby zmienić moja indywidualna forma oporu wobec systemu tak skutecznie zaprojektowanego do realizacji własnego programu?
Przez kilka tygodni po powrocie z Polski pozostawałem w stanie moralnego odrętwienia, niezdolny pojąć, jak mogło dojść do Auschwitz, podczas gdy lekarze przyglądali się temu biernie lub – co gorsza – gorliwie w tym uczestniczyli. Gdy zacząłem odtwarzać w pamięci sceny z własnych praktyk klinicznych, ogarnęło mnie niepokojące poczucie znajomości sytuacji, podszyte beznadzieją płynącą z mojego dotychczasowego milczenia. Widziałem
z przerażeniem rezydenta, który po brutalnym uciskaniu brzucha pacjenta w celu sprawdzenia objawów zapalenia pęcherzyka żółciowego, chłodno informował zwijającego się z bólu człowieka o planowanym wycięciu narządu. Słyszałem kolegę ze studiów, który przyłączał się do chóru rezydentów krytykujących krewną pacjentki walczącej
o lepszą opiekę dla matki, gdy możliwości leczenia były ograniczone. Uśmiechałem się półgębkiem, gdy ordynator przewracał oczami na widok nazwiska pacjenta znanego z tego, że jest „trudny”. Moja rola jako studenta przypominała rolę muchy: nieistotnej, irytującej, zepchniętej na samo dno hierarchii w królestwie medycyny. Zabranie głosu, nawet anonimowo, często oznaczało narażenie się na utratę reputacji – jeśli nie w zespole, to w oczach rówieśników, którzy uznaliby to za słabość i niezdolność do pracy pod presją. Przekaz był jasny: jeśli chcesz odnieść sukces, musisz wiedzieć, kiedy pogodzić się z rzeczywistością
i milczeć.
„Czy ktoś chciałby się czymś podzielić?” – zapytał jeden z wykładowców FASPE podczas spotkania absolwentów, chcąc dowiedzieć się, jak po czasie odnosimy bieżące wydarzenia do doświadczenia Auschwitz. Podczas gdy inni opowiadali o swoim gniewie, nadziejach i konstruktywnych sposobach na ukierunkowanie swoich emocji, ja milczałem, uświadamiając sobie, że wciąż nie znalazłem lekarstwa na własne poczucie bezsilności. Gorączkowo szukając antidotum na to duszące odrętwienie, przypomniałem sobie postawę Otto Krayera – niemieckiego lekarza, który otwarcie odmówił objęcia katedry po żydowskim koledze usuniętym z uczelni. Czyn Krayera był jednym z rzadkich przykładów moralnego sprzeciwu w środowisku akademickim Trzeciej Rzeszy. Nie zmieniło to jednak biegu zdarzeń – stanowisko i tak obsadzono innym profesorem, a Krayer otrzymał zakaz pracy na niemieckich uniwersytetach. Niemniej
z perspektywy historycznej podziwiamy go za to, że mimo ogromnych kosztów zawodowych, niezłomnie trwał przy własnych przekonaniach. Krayer nie definiował swojej podmiotowości moralnej poprzez skuteczność działań, lecz poprzez zasady, których odważył się publicznie bronić.
Nawet jeśli jego indywidualny akt oporu nie zmienił – i zapewne nie mógł zmienić – systemu stojącego w jaskrawej sprzeczności
z jego wartościami, Krayer nie pozwolił sobie na etyczną bierność. Wiedział bowiem, że bezczynność i milczenie oznaczają współudział. Zastanawiałem się, jak na jego czyn zareagowali koledzy po fachu. Czy uznali go za bohatera? Bardziej prawdopodobne, że mieli go za naiwniaka, który niepotrzebnie poświęcił karierę, choć mógł po cichu przyjąć stanowisko. Krayer nie zyskał nic wymiernego dzięki swojej zuchwałej odmowie. Dlaczego więc to zrobił?
W tamtej chwili zrozumiałem, że to właśnie lęk przed bezsilnością sprawiał, iż pozostawałem niezdolny do jakiegokolwiek etycznego sprzeciwu. Zbyt często widziałem, jak moi rówieśnicy przeprowadzają w duchu podobną kalkulację: studenci medycyny i tak nic nie zmienią, więc po co się wychylać? Ta samospełniająca się przepowiednia tłumi
w nas podmiotowość moralną, a my zbyt chętnie podporządkowujemy się wymogom systemu, byle tylko zostać przyjętym do elitarnego grona lekarzy. Taki stan etycznego uśpienia jest dziwnie komfortowy – nie tylko zdejmuje z nas odpowiedzialność za próby wprowadzania zmian, lecz wręcz zachęca do przejmowania postaw naszych przełożonych, co ma przyspieszyć akceptację przez środowisko. Łudzimy się, że pewnego dnia, gdy znajdziemy się wyżej w lekarskiej hierarchii, zyskamy dość władzy i poczucia bezpieczeństwa, by odważyć się na zasugerowanie zmian. Przynajmniej tak nam się wydaje. Widziałem jednak, do jak niebezpiecznego kresu prowadzi owa etyczna prokrastynacja. Rozmyślania o Auschwitz nauczyły mnie, że bycie pierwszym – czy wręcz jedynym – głosem sprzeciwu wobec niesprawiedliwości nigdy nie staje się łatwiejsze,, a taka odwaga często nie wystarczy, by zmienić tak potężny system jak medycyna. Mimo to Otto Krayera nie sparaliżował lęk przed bezsilnością; on kierował się wewnętrznym kompasem moralnym. Dla studenta medycyny nie oznacza to wcale przekreślania własnej kariery, zanim jeszcze na dobre się rozpoczęła. Być może chodzi o małe kroki: przeproszenie pacjenta za zadany mu ból, wsparcie dobrym słowem wyczerpanego opiekuna czy cierpliwe budowanie relacji
z kimś, kogo inni uznali za „trudnego”. Takie działania mogą spotkać się z odrzuceniem lub z próbami zniechęcenia nas przez otoczenie, ale należy je podejmować w imię własnych przekonań. Już samo to – niezależnie od skutku – stanowi świadectwo moralnej integralności oraz godny podziwu akt odwagi i wewnętrznej uczciwości.
Teoretycznie obowiązki etyczne lekarza są jasne: szanować autonomię pacjenta, nie szkodzić i zachowywać się przyzwoicie. Rzeczywistość praktyki klinicznej okazuje się jednak znacznie bardziej złożona. Struktury systemowe i hierarchiczne dają nam wszelkie powody, by milczeć i nie wychylać się przed szereg. Tymczasem w obliczu potęgi systemów politycznych i medycznych nic nie odbiera nam sił skuteczniej niż przeświadczenie o własnej niemocy. Otto Krayer odrobił tę lekcję i sprzeciwił się narodowemu socjalizmowi w imię wierności własnym zasadom. Jego postawa przypomina mi, że w chwilach, gdy dopada mnie lęk
i etyczny paraliż, mogę odwołać się do własnego sumienia i zdobyć się na to, co słuszne. Jeśli zaś wystarczająco wielu z nas znajdzie w sobie tę siłę, być może wspólnie zdołamy przekuć strach w działanie, a paraliż – w realną zmianę.
=====
Will J.W. Choi był stypendystą programu FASPE Medical w 2025 roku. Jest studentem medycyny w Warren Alpert Medical School na Uniwersytecie Browna.
=====
1. A. Goldstein, Otto Krayer (1899–1982): A Biographical Memoir, National Academy of Sciences, Waszyngton 1987, s. 153. Autor posiada zgodę na wykorzystanie wszystkich zamieszczonych fotografii.
2. https://encyclopedia.ushmm.org/content/en/article/eutha
nasia-program.
17