33
Jesusa”. W jego przekonaniu była to właściwa odpowiedź na dramatyczną sytuację wewnątrz Niemiec, słabnący wysiłek wojenny oraz wieści o losie europejskich Żydów.
Z dzisiejszej perspektywy jawi się to jako teologiczne zaangażowanie na rzecz tych, którzy mieli dopiero cierpieć, całkowicie oderwane od losu tych, którzy już wcześniej doznali niewyobrażalnych krzywd.
Należy jasno podkreślić: o zaniechaniach duchowieństwa protestanckiego i katolickiego nie powinno się mówić tak, jakby sam sprzeciw wobec niesprawiedliwości mógł zapobiec masowej śmierci i zniszczeniu. Nie można też oceniać tych postaw z perspektywy współczesnej wiedzy i badań historycznych. Raczej, analizując te błędy i odnosząc je do współczesności, ważniejsze staje się zrozumienie, dlaczego pewne działania były konieczne, a nie tylko wskazanie, co należało zrobić.
Niedawno wysłuchałem kazania zatytułowanego „Czy już tam jesteśmy?”. Kaznodzieja przedstawił długą listę problemów świata: wojny, trwający kryzys uchodźczy, nierówności ekonomiczne, polityczne i rasowe, narastająca polaryzacja polityczna, a także wszechobecne media sprawiające, że przemoc i strach są na wyciągnięcie ręki. Wspomniał też
o powszechnym materializmie karmiącym egoizm i obojętność. Jego teza była oczywista: wciąż jeszcze „tam” nie dotarliśmy. Słuchając tej coraz dłuższej listy, czułem narastającą irytację na samą myśl, że Kościół jako całość – czy jakakolwiek pojedyncza wspólnota – mógłby to wszystko naprawić. Jak mielibyśmy „tam” dotrzeć? I choć łatwo jest mówić
o owym „tam”, czymkolwiek by ono było, uważam, że istnieje zasadnicza różnica między opowiadaniem się za wizją świata bez niesprawiedliwości a trwaniem przy tych, którzy cierpią teraz. Widzę w tym może nie kompletną odpowiedź, lecz pewien kierunek dla refleksji nad tym, jak współczesne duchowieństwo powinno podchodzić do systemowej niesprawiedliwości. Łatwo powiedzieć, że niemieccy duchowni powinni byli sprzeciwiać się złu; kluczowe pytanie brzmi: dlaczego uważamy to za słuszne? Moim zdaniem błędne jest twierdzenie, że ich głos mógłby zapobiec piekłu Zagłady. To w gruncie rzeczy życzeniowy, bezkrytyczny optymizm, który niczego nas nie uczy. Porażkę niemieckiego duchowieństwa należy postrzegać nie jako niepowodzenie
w zapobieganiu tragedii, lecz jako niezdolność do upominania się o pełne człowieczeństwo Żydów – o uznanie, że są to ludzie cierpiący
i zasługujący na współczucie.
W moim przekonaniu misją współczesnego Kościoła i jego duchowieństwa nie jest jedynie opowiadanie się za wizją sprawiedliwości ani działanie wyłącznie
w ramach przyjętych form aktywizmu czy organizacji społecznej. Takie podejście
w istocie sprawia, że cedujemy nasze obowiązki na państwo i organizacje pozarządowe. Kościół i jego duchowni nie są powołani jedynie do zapewniania środków materialnych i finansowych. Jesteśmy powołani do sprzeciwiania się złu i do przywracania ludzkiego wymiaru rzeczywistości poprzez naszą obecność. Nie jesteśmy powołani tylko do zbiórek żywności – do wysyłania nieznanym ludziom konserw, których sami nie jemy – lecz do łączenia tych, którym niczego nie brakuje, z tymi, którzy są w potrzebie. Nie jesteśmy powołani tylko do domagania się większego wsparcia dla bezdomnych, lecz do tego, by samemu stać się dla nich oparciem. Nie jesteśmy powołani tylko do tego, by domagać się moralności od instytucji, lecz byśmy sami stanowili moralny wzór. Zamiast jedynie wskazywać i potępiać niesprawiedliwość, Kościół i duchowni powinni świadomie szukać, poznawać, kochać i być przy tych, którzy cierpią. Sprawiedliwość bez twarzy jest tylko formą ucieczki – to niesprawiedliwość, której pozwoliliśmy trwać dalej, wybierając własny komfort zamiast trudnego, osobistego zaangażowania.
Po powrocie z FASPE znów znalazłem się
w samym centrum sporów o małżeństwa osób tej samej płci i ordynację duchownych otwarcie przyznających się do homoseksualizmu. Konferencję generalną Zjednoczonego Kościoła Metodystycznego, która odbyła się zaledwie kilka miesięcy wcześniej, można było śmiało uznać za przykład ucieczki w teologię. Czułem głębokie rozczarowanie i frustrację, patrząc, jak wspólnota, który mnie ukształtowała, pogrąża się w kłótniach i zakulisowych rozgrywkach. Przytłoczony tym wszystkim, postanowiłem pewnej niedzieli nie iść na nabożeństwo
i zająć się po prostu codziennymi sprawami. Przechadzając się z żoną między sklepowymi półkami, zacząłem przyglądać się innym: matce kupującej jedzenie dla rodziny; ojcu, który nie był w stanie przejść kilku kroków, by któreś z dzieci nie odbiegło w bok lub nie wołało, żeby na coś spojrzał; czy wreszcie zmęczonemu pracownikowi o podkrążonych oczach. Uświadomiłem sobie, że ci ludzie prawdopodobnie nie mają pojęcia o moich frustracjach związanych z kościelnymi sporami o wybór na urząd biskupa kobiety, która otwarcie przyznaje się do homoseksualizmu. Co więcej – pewnie niewiele by ich to obeszło, gdybym im o tym opowiedział. Uderzyło mnie, jak bardzo podziały w moim Kościele, pochłaniające całą moją uwagę, są oderwane od codzienności ludzi, których właśnie mijałem.
To oczywiście tylko moje domysły. Nie zmienia to jednak faktu, że sposób traktowania osób homoseksualnych przez Kościół powoduje prawdziwe cierpienie. Być może byłem świadkiem właśnie tej ucieczki, dystansu i oderwania, które pozwalają zamkniętym we własnym kręgu walczyć
o władzę i pieniądze w przekonaniu, że toczą spór o coś zupełnie innego. Izolacja w sferze teologii może sprawdzać się w pewnych wspólnotach, lecz w praktyce nie oddaje pełni możliwości i realiów życia. Wydaje mi się, że ceną za współczesną ucieczkę w teologię – za to uporczywe dążenie do pewnej pozornej, pyrrusowej czystości doktrynalnej – jest niezdolność do bycia blisko zwykłych ludzi
i zrozumienia spraw, którymi żyją na co dzień. Nie oznacza to, że refleksja teologiczna jest nieistotna, jednak skupianie się wyłącznie na czystości doktryny może stać się formą ucieczki w abstrakcję, która oddala Kościół od zwykłych ludzi, a zwłaszcza od tych, którzy cierpią. Choć nie potrafię wskazać gotowej recepty na to, jak urzeczywistniać teologię
w życiu całego Kościoła, uważam, że nie może ona stawać się martwą teorią. Powinna być stale obecna w działaniu, poddawana pytaniom i ponownej analizie – tak aby była wystarczająco solidnym fundamentem, by kierować naszymi czynami, i na tyle elastyczna, by pomieścić w sobie zawiłości życia oraz obecność Boga, który mówi: „Oto czynię wszystko nowe” . Teologia nie może być ucieczką od świata; powinna być siłą, która pcha duchowieństwo i Kościół w sam jego środek.
Myśląc o czasie, gdy kończyłem seminarium
i przygotowywałem się do święceń, widzę, że kwestia sprzeciwu wobec niesprawiedliwości oraz ucieczka w teologię to tylko dwa z wielu wątków moich refleksji po programie FASPE. Mimo frustracji, pytań i wątpliwości, które towarzyszyły mi przed wyjazdem i po powrocie, pozostaję wierny decyzji
o posłudze w Zjednoczonym Kościele Metodystycznym. Jednak dzięki FASPE będę inaczej podchodził do swojego i powołania. Jestem przekonany, że Kościół musi kierować się teologią, która popycha go w sam środek spraw tego świata, aby poprzez swoją obecność sprzeciwiał się niesprawiedliwości. Wierzę bowiem, że zdolność do wyrządzania tak strasznego zła, jakie widziałem
w Auschwitz, drzemie w każdym z nas. Wszystko zaczyna się od przymykania oczu na niesprawiedliwość, od obojętności na cierpienie innych, od odczłowieczania „innych”. Te przemyślenia zasadniczo zmieniły sposób, w jaki postrzegam własną przyszłość, wiarę oraz samego siebie. Jestem wdzięczny za możliwość udziału w programie FASPE i zmierzenia się z tak ważnymi kwestiami – jestem pewien, że będą one we mnie pracować, kształtując moje studia
i posługę w nadchodzących latach.
=====
Pastor Justin Mikulencak był stypendystą FASPE dla duchownych (Clergy Fellow) w 2016 roku, będąc wówczas studentem teologii (M.Div.) w Yale Divinity School. Obecnie jest pastorem
w Zjednoczonym Kościele Metodystycznym Parkway w Sugar Land w Teksasie.