podróże
przed kaprysami bezlitosnej grudniowej
pogody. Nie zawiedliśmy się. Labiryntowe
wnętrze hali wynagrodziło nam wszelkie
niedogodności: było ciepło, sucho, a przede
wszystkim – interesująco. Wśród targowych
stoisk spędziliśmy kilka długich godzin.
Wywabiła nas stamtąd kolejna pokusa bliskość stalowoszarego morza przy Cieśninie
Bosfor. Udaliśmy się tam, by znaleźć coś
do jedzenia. Wybór ryb był ogromny,
części morskich stworzeń nigdy wcześniej
nie widziałam na oczy. Niektóre jeszcze
żyły. Po zrobieniu kilku zdjęć, zmoknięci
trafiliśmy do knajpki - gdzieś w zaśmieconej
uliczce miasta z dala od centrum - a mnie
wystarczyły tego dnia warzywa
Hagi Sofii, w których ukryła się także...
poznana w samolocie rodzina londyńskich
Sikhów! Prz