Pozostałe
natów. Tak uzbrojony komandos
szedł cały czas w górę mapy,
kładąc trupem niemal wszystko, co stanęło mu na drodze.
Co ciekawe, przeciwnicy byli
całkiem zróżnicowani, od zwykłych żołnierzy przez miotaczy
granatów i pikselowych knypków z bazookami, aż po wysoce
upierdliwe pojazdy i tchórzliwych oficerów, których jedynym
zadaniem była ucieczka. Gra nie
zachęcała do zachowań honorowych, ponieważ za władowanie
celnej kulki w plecy rzeczonego
oficera zdobywało się naprawdę przyzwoitą liczbę punktów.
To wszystko brzmi niesamowicie prosto, prawda? Zapewniam
Was, iż przyjemność z gry była
wprost niesamowita i choć całość składała się tylko z 8 plansz
(każda podzielona na dwie części), to była to pozycja, do której
wracało się często i z przyjemnością.
The Lost Patrol
piero, jeżeli prowadzimy grupę
ocalałych z katastrofy śmigłowca
żołnierzy z nader ograniczonymi
zapasami. Zapewniam Was, że
nie jest to sielanka. Poziom trudności był bardzo wysoki, ale tym
większa była satysfakcja, kiedy doprowadzało się tytułowy
patrol do bazy. Naturalnie, po
drodze mogliśmy spotkać różne
przeszkody, które pokonywało
się w serii mini-gier. A to należało zatłuc zwiadowcę, a to wystrzelać wrogów lub też pobawić
się w snajpera czy przejść przez
pole minowe. Na dodatek, dzielny, dowodzący drużyną sierżant
musiał dbać, by jego żołnierze
nie byli zbyt zmęczeni i delegować ich do poszczególnych
misji. Większość posiadała unikalne zdolności, które pozwalały uzyskać niewielką przewagę
nad przeciwnikiem. Osobnym
problemem było morale. Jeżeli
spadło zbyt nisko, sierżant narażał się na „przyjacielską” kulkę
w plecy, co nieodmiennie kończyło grę. Prawda, że twórcy postarali się umilić graczom czas?
Operation Wolf
Jak zapowiedziałem, tym razem sięgniemy do tak niedawnych dziejów jak lata dziewięćdziesiąte. W 1990 roku pojawiła
się gra, która znacząco wpłynęła
na poprawę umiejętności cieszących się nią ludzi w budowie
wielopiętrowych wiązanek przekleństw. Dlaczego? No cóż…
przejście 58 mil przez rojącą się
od Wietkongu dżunglę nawet
w najlepszych okolicznościach
nie jest sprawą łatwą. A co do-
da? Jednak w przeciwieństwie
do opisanego wcześniej Commando, tutaj prowadzimy grę
z perspektywy pierwszej osoby.
Nie wyobrażajcie sobie jednak
niczego pokroju współczesnych
strzelanek, ponieważ czeka Was
srogi zawód. Tu podczas kolejnych misji kierowało się celownikiem latającym po przesuwającym się ekranie. Ze wszystkich
stron sypały się hordy wrogich
żołnierzy i pojazdów, których
należało szybko i precyzyjnie
eliminować. Gra, choć nie była
długa, to potrafiła wciągnąć,
gdyż prezentowała sobą przyzwoity poziom trudności. Częste były dylematy z cyklu „Czy
mam rzucić ten granat, żeby
zabić dziesięciu piechurów, czy
poczekać na helikopter?”. Czytanie o tym może wydawać się
zabawne, jednak w ogniu walki
takie decyzje należało podejmować w przeciągu sekund. Pokrycie całego ekranu nieustającym
ogniem z karabinu nie działało
– sprawdziłem osobiście – tym
bardziej, że amunicja do niego była również ograniczona.
Podsumowując – lekka, krótka
i przyjemna gra. W sam raz na
część deszczowego popołudnia.
Ostatnia z prezentowanych
w tym numerze gier należała do
pierwszych w historii Rail shooterów. Wcielaliśmy się w niej
w rolę komandosa uzbrojonego w karabin maszynowy i kilka
granatów. Brzmi znajomo, praw-
47