MANEzette #3 3\2014 | Page 47

Pozostałe natów. Tak uzbrojony komandos szedł cały czas w górę mapy, kładąc trupem niemal wszystko, co stanęło mu na drodze. Co ciekawe, przeciwnicy byli całkiem zróżnicowani, od zwykłych żołnierzy przez miotaczy granatów i pikselowych knypków z bazookami, aż po wysoce upierdliwe pojazdy i tchórzliwych oficerów, których jedynym zadaniem była ucieczka. Gra nie zachęcała do zachowań honorowych, ponieważ za władowanie celnej kulki w plecy rzeczonego oficera zdobywało się naprawdę przyzwoitą liczbę punktów. To wszystko brzmi niesamowicie prosto, prawda? Zapewniam Was, iż przyjemność z gry była wprost niesamowita i choć całość składała się tylko z 8 plansz (każda podzielona na dwie części), to była to pozycja, do której wracało się często i z przyjemnością. The Lost Patrol piero, jeżeli prowadzimy grupę ocalałych z katastrofy śmigłowca żołnierzy z nader ograniczonymi zapasami. Zapewniam Was, że nie jest to sielanka. Poziom trudności był bardzo wysoki, ale tym większa była satysfakcja, kiedy doprowadzało się tytułowy patrol do bazy. Naturalnie, po drodze mogliśmy spotkać różne przeszkody, które pokonywało się w serii mini-gier. A to należało zatłuc zwiadowcę, a to wystrzelać wrogów lub też pobawić się w snajpera czy przejść przez pole minowe. Na dodatek, dzielny, dowodzący drużyną sierżant musiał dbać, by jego żołnierze nie byli zbyt zmęczeni i delegować ich do poszczególnych misji. Większość posiadała unikalne zdolności, które pozwalały uzyskać niewielką przewagę nad przeciwnikiem. Osobnym problemem było morale. Jeżeli spadło zbyt nisko, sierżant narażał się na „przyjacielską” kulkę w plecy, co nieodmiennie kończyło grę. Prawda, że twórcy postarali się umilić graczom czas? Operation Wolf Jak zapowiedziałem, tym razem sięgniemy do tak niedawnych dziejów jak lata dziewięćdziesiąte. W 1990 roku pojawiła się gra, która znacząco wpłynęła na poprawę umiejętności cieszących się nią ludzi w budowie wielopiętrowych wiązanek przekleństw. Dlaczego? No cóż… przejście 58 mil przez rojącą się od Wietkongu dżunglę nawet w najlepszych okolicznościach nie jest sprawą łatwą. A co do- da? Jednak w przeciwieństwie do opisanego wcześniej Commando, tutaj prowadzimy grę z perspektywy pierwszej osoby. Nie wyobrażajcie sobie jednak niczego pokroju współczesnych strzelanek, ponieważ czeka Was srogi zawód. Tu podczas kolejnych misji kierowało się celownikiem latającym po przesuwającym się ekranie. Ze wszystkich stron sypały się hordy wrogich żołnierzy i pojazdów, których należało szybko i precyzyjnie eliminować. Gra, choć nie była długa, to potrafiła wciągnąć, gdyż prezentowała sobą przyzwoity poziom trudności. Częste były dylematy z cyklu „Czy mam rzucić ten granat, żeby zabić dziesięciu piechurów, czy poczekać na helikopter?”. Czytanie o tym może wydawać się zabawne, jednak w ogniu walki takie decyzje należało podejmować w przeciągu sekund. Pokrycie całego ekranu nieustającym ogniem z karabinu nie działało – sprawdziłem osobiście – tym bardziej, że amunicja do niego była również ograniczona. Podsumowując – lekka, krótka i przyjemna gra. W sam raz na część deszczowego popołudnia. Ostatnia z prezentowanych w tym numerze gier należała do pierwszych w historii Rail shooterów. Wcielaliśmy się w niej w rolę komandosa uzbrojonego w karabin maszynowy i kilka granatów. Brzmi znajomo, praw- 47