MANEzette #1 1\2013 | Page 44

miasteczka. Ostra była. Kilka minut po nieprzyjemnej rozmowie z  alabastrową projektantką mody farmerka napotkała cierpiącą na manię prześladowczą opiekunkę wszystkiego, Fluttershy. – No i  jak się masz, trzęsidupo? Co jest z  twoimi ptakami? – Och, Witaj… Um… Dlaczego mnie tak nazywasz? – zapytała zaskoczona zachowaniem przyjaciółki klacz. – Czekaj, niech się zastanowię… Droga koleżanko, boisz się dosłownie wszystkiego! Pewnie zaraz po narodzinach zwiałaś rodzicom, bo się przestraszyłaś! – zakpiła sobie Applejack. – A-ale... – Co jest grane z  ptakami? Dlaczego nie śpiewają? Co im zrobiłaś, zoofilko jedna? – A-Applejack… – wyjąkała przez łzy Flutershy. – Dlaczego tak mnie nazywasz? C-co ja ci zrobiłam? T-to chyba jakiś koszmar… – I  znowu beczysz! Na litość, Applebloom ma większe jaja od ciebie! Co za cios! W  kilka sekund Fluttershy zalała się łzami i  uciekła. Applejack prychnęła dumnie, po czym pozwoliła wietrzykowi potargać swą piękną, rozpuszczoną grzywę. Farmerka pewnie ruszyła przed siebie i  odwiedziła jeszcze Pinkie Pie i  Twilight Sparkle, po drodze wpadła na Rainbow Dash. Nawet ta ostatnia nie była w  stanie zgasić tego wewnętrznego „płomienia” farmerki. Tym razem to Applejack miała o  dwadzieścia procent więcej wszystkiego. Zanim całe Ponyville pogrążyło się w  niezgodzie, pomarańczowa klacz zdążyła dotrzeć do lasku za miastem. Radośnie pokłusowała w  stronę dwóch kruczoczarnych istot o  wielkich ślepiach i  owadzich skrzydełkach, po czym głośno i  szyderczo się roześmiała. Klacz ogarnęła seledynowa aura, ona sama zaś w  kilka sekund urosła, dostała skrzydeł i  krzywego rogu. Jej sierść sczerniała, a  grzywa zzieleniała. – Ciekawe, jak ona się z  tego wytłumaczy! – krzyknęła tryumfalnie królowa Chrysalis, siewczyni niezgody. Chyba jednak nie jestem wszechwiedzący… 44