Kajecik Nr 2/2019 (41) | Page 15

poezja Świat jest pełen wielkich rzeczy. Widzia- łam wiele wielkich budynków, gigan- tycznych drzew oraz ogromnych słów, a każde z nich wyjątkowo inne. Słowa są, zdaje się, elementem naszego życia, każde ze słów, które wypowiadamy jest niczym wielki ładunek, nacechowany różnymi znaczeniami, czasem pozytyw- nymi czasem nie. A te słowa tworzą cha- raktery, kreują świat i dają nam zdefi- niować, niekiedy niby niedefiniowalne słowa. Tworzą ludzi oraz pewne pojęcia, a czasem łączą te dwie rzeczy w spójną całość. Tworzą opowieść, a ona kreuje artyzm, a czasem pozwala nam opisać nieopisywalne rzeczy. Tak jak słowa pozwalają nam opisać Ją. Chodzącą po świecie w czarnych, błysz- czących lakierkach. Ubraną w żakiet o  pięknym, seledynowym kolorze, wyko- nanym z aksamitnego materiału. W zwy- czajnych dżinsowych spodniach, nud- nych, białych trampkach, na której twarzy malowało się milion emocji. Była wszystkimi ludźmi na ziemi, a jednak, w jednym stroju wędrowała przez stare słowiańskie wioski, gdzie ludzie tańczyli w kolorowych strojach mazurka i oberka, śmiali się i częstowali ciastami wyłożo- nymi na stołach. Była, gdy wznoszono wielkie biurowce, ścigające się o to, który pierwszy dotrze do nieba i sięgnie chmur. Obserwo- wała budowy zwyczajnych domów na przedmieściach i osiedli niedaleko parków. Odwiedzała wielkie cywilizacje, gdzie wszystkiego było pod dostatkiem oraz miejsca, w których panował głód. Wszystko to w każdym czasie. Była na wojnach, wśród pożarów, krzy- ków i błagań, gdzie litość można było dostrzec u nielicznych. Wojny raniły ludzi, jak drzazgi albo kolce kaktusów, tylko że wchodziły głębiej niż w dłonie, a gdy się ich pozbywali, zawsze było to uczucie, które Ona tak dobrze znała, natłok niezmierzonych myśli, których nie dało się wypowiedzieć, ale można było opisać. Można było pisać, pisać, pisać i pisać, aż w końcu nie pozosta- wało nam nic innego, jak słowa, miliony słów; synonimów, homonimów, antoni- mów, neologizmów. Otaczała wojaków NASZ A PRZE SZŁO ŚĆ, PRZY SZŁO ŚĆ I TER AŹNI EJSZ OŚĆ. Zosia Luleczka, klasa 3B gimnazjum ramieniem, okalała ich i chroniła. Była również podczas niezmierzonych ludzkich wędrówek, pozwalając zamie- nić przeżyte historie w słowa, rymy lub też nie rymy, to nie miało znaczenia, naj- ważniejsze były nasze uczucia, artyzm wypływający z nas jak płynny miód, gdy nie byliśmy w stanie przedstawić tego, co chcieliśmy, mówiąc. Poezja dawała nam dar pisania, pozwalała pisać, pokazując emocje, doprowadzając nas do płaczu albo niemego zachwytu. Stawała się głosem rewolucji, goto- wym do walki z miejsca, całym sercem i duszą. Wypełniała nas nadzieją i pozwa- lała walczyć, chociażby o ostatni oddech nim utoniemy na zawsze w odmętach walk. Jej głos przeszywał dusze, napa- wał zmysły, dawał coś nieuchwytnego, a mimo wszystko, niezwykle bliskiego. Pozwalał zrywać łańcuchy, łamać nie- tolerancję, niszczyć mury oraz napawać serca miłością, której tak bardzo potrze- bujemy. Była głosem kochanków, przypomina- jącym delikatną rosę o poranku. Była pełna ozdobników, piękna i niebez- pieczna. Krzyczała w euforii głośniej niż zwycięzcy wielkich konkursów. Jej zdanie mogło być kontrowersyjne, wzbu- dzało zachwyt oraz pozostawiało ludzi łaknących więcej. Potrafiła być każdym głosem, cichym lub donośnym. Była wężem utworzonym ze słów, które porywał wiatr i niósł lekką melodią przez świat. Spoglądając na małe dziecko, nikt się nie spodziewa, że kiedyś może i ono prze- siąknie słowami, jak skóra drogimi per- fumami i będzie wyjątkowo wrażliwe, mimo upływu lat. Zawsze wracała, czasem w długich ele- ganckich spodniach, koszuli i swe- trze, okularach na nosie. Czasem w cia- łach wielkich umarłych poetów nowego pokolenia, tych, którzy mieli odwagę marzyć i przyjąć ją do swoich dusz. Była stowarzyszeniem nastolatków lubu- jących się w pięknych słowach, zawiłych wersach i strofach. Biegała po łące w zwiewnej sukni i leżąc w trawach, opisywała piękne dni, pod- czas których liczyła chmury na niebie. Czasem zwijała się w kłębek pod kocem i płakała, bazgrząc prawie niewidocznie ołówkiem po papierze, gdy serca pękały, a dusze ludzkie się chwiały, jakby stały na krawędzi wielkiej przepaści. Lubiła wnikać w świadomość niewinnych, bo ich słowa wyglądały na kartkach niewin- nie, dziecinnie i spokojnie, zupełnie ina- czej niż te trudne i ciężkie litery w gru- bych księgach pozornie wielkich ludzi. Tak właśnie Poezja kroczyła przez nie- skończoną ilość lat i kroczyć będzie. Odwiedzać będzie znów ludzkie ciała i przenikać będzie ich dumne dusze, wróci do czynów i sytuacji, aż w końcu niezmierzonych ludzkich wędrówek i małych słowiańskich wsi. Poezja dalej będzie chodziła po świecie w butach z artyzmu, ubrana w abstrakcję będąc jednym z kilku najważniejszych wehiku- łów porywających nas w górę*. Prezen- towanie jej jako coś niezmiernego, możli- wego do znalezienia w każdym aspekcie naszego życia wydaje się wręcz niemoż- liwe. A jednak jest tutaj, jest w wielu mło- dych ludziach tego pokolenia i na zawsze pozostanie naszą przyszłością, przeszło- ścią i teraźniejszością. *cytat z Obrony żarliwości, A. Zagajewskiego, Kraków 2002.   K A J E C I K  15