I Kronika Szkoły kronika | Page 24

ostrzegać uczniów przed konsekwencjami jakie zaistniały w wypadku tych trzech chłopców. Rozmowę bezpośrednio ze mną prowadziła tłumaczka w sposób bardzo kulturalny. W tłumaczce poznałam panią, która była u mnie na pierwszej rewizji ze starszym cywilnym panem. Oboje, bardzo poprawnie i naszym warszawskim akcentem, mówili ze mną po polsku. Ci ludzie pozostali dla mnie do dzisiaj zagadką. Powiedzieli, że przyjechali na rewizję, widząc moje zdenerwowanie bardzo mnie uspokajali, nigdzie nie otwierali, nie zaglądali, cały czas około 1 godziny rozmawiali ze mną stojąc w drzwiach między przedpokojem a pokojem. Pytali o moja rodzinę szczegółowo (miałam wówczas brata w Oświęcimiu i powiedziałam im o tym), pytali o warunki pracy w szkole, ilość dzieci, ilość godzin zajęć szkolnych, w końcu powiedzieli mi, że zostanę wezwana na przesłuchanie, żebym nie denerwowała się tym. A gdy wreszcie czekałam w Alei Szucha na to przesłuchanie, to tyle się nasłuchałam jęków ludzkich i tyle widziałam smutnych, zmordowanych twarzy ludzi, że chociaż moi inkwizytorzy obeszli się ze mną w sposób zewnętrznie przyzwoity, to przeżyłam szok nerwowy i wróciłam z twarzą tak zapuchniętą, że nikt w szkole nie poznał mnie. Wzywano mnie jeszcze 3 razy, ale już nie byłam na żadnym przesłuchaniu, tylko zapisali moje zgłoszenie i odchodziłam. Matki chłopców nie były wzywane. Dowiedziałam się znacznie później, że p. Palusińska również była wzywana. S ZKOŁA 37 We wrześniu 1942 na popołudniową zmianę przeniosła się do naszego budynku szkoła 37, której budynek był przy ul. Oszmiańskiej i był przez całą okupację zajęty przez policje niemiecką. Obie nasze szkoły pracując pod jednym dachem wspólnie przezywały tragizm polskiego narodu, bunt polskiej szkoły i radosne przebłyski przyszłości dla tych, co zostaną. Kierownikiem szkoły 37 był kol. Zubrzycki Piotr, który dla naszych obu szkół stał się mózgiem tajnej nauki i kierownikiem cichej pracy młodzieży czerwonokrzyskiej. On to wskazał nam szpital Ujazdowski i salę 42 z chorymi jeńcami polskimi, dokąd nasze dzieci pod opieką nauczycieli lub matek jeden raz w tygodniu mogły zawozić paczki żywnościowe, trochę słodyczy, papierosy, uśmiech i ciepło rodzinnego serca. Z utęsknieniem oczekiwali żołnierze tych odwiedzin. Jeden z tych młodych ludzi umierał przez parę dni pragnąc zobaczyć przed śmiercią jeszcze raz nasze dzieci. Zakończył przy nas życie oddawszy nam list z prośbą o odszukanie jego rodziny. Był z okolic Wilna. Matki naszych dzieci zawoziły dla całej sali lub ciężej chorych gorący posiłek w postaci pożywnej zupy czy rosołu. Za okazaniem przepustki wydanej przez Zarząd Szpitala Ujazdowskiego na podstawie zaświadczenia szkoły byliśmy wpuszczani do chorych jeńców. Kierownik Zubrzycki redukował różne zarządzenia szkolnych władz niemieckich, a między innymi cotygodniową dostawę kości w znacznych ilościach i prenumeratę, ,Sterów” zamiast podręczników do polskiego. Dostawa kości została ograniczona do minimum i nie pomagały upomnienia i monity, a ,,Sterów” na całą szkołę było zawsze nie więcej niż 25 – 30 egzemplarzy i w czasie wizytacji przenoszone były z klasy do klasy, gdzie miał się odbywać język polski. W rzeczywistości szkoła posługiwała się we wszystkich przedmiotach własnymi podręcznikami, nie pozwalając dzieciom nosić ich ze sobą ze względu na zdarzające się wówczas rewizje teczek dziecięcych na ulicach. Podczas wizytacji lustratorom niemieckim nie chodziło o metody pracy pedagogicznej, lecz o przyłapanie nauczyciela i klasy na braku lojalności w stosunku do zarządzeń niemieckich. Kierownicy szkół na Targówku byli zawsze zawiadamiani przez sekretarza inspektoratu kol. Mariana Primma o wyjeździe Niemców na wizytację. Mogliśmy wzmóc ostrożność, a jednak w kl. V szkoły 37 kol. Gąsiorowska nie zdążyła zamaskować ćwicz. o Gdańsku, które dostało 24